O szkoleniach z „nowego Pzp”

Miało być dziś o wadiach w dobie elektronizacji (jeszcze raz), ale ostatni tydzień wyjątkowo nie sprzyjał mojemu skupieniu nad zamówieniami publicznymi. Więc będzie o czymś innym, czymś, czego do końca nie rozumiem. W ubiegłym tygodniu dostałem bowiem pierwsze ogłoszenia o szkoleniach „z nowej ustawy pzp”. Tak, z tej nowej, której jeszcze nie ma. Której mamy wyłącznie projekt i to projekt, który jest na etapie konsultacji, nie trafił do sejmu (oby nigdy się to nie stało). Zresztą, nie pierwszy to przypadek i nie jeden zapewne organizator. Ileż to razy dostawałem informacje o szkoleniach z ustawy o jawności życia publicznego, która utknęła w procesie legislacyjnym ponad rok temu. Albo o elektronizacji zamówień, gdy mieliśmy tylko garść założeń do przetargu na e-zamowienia…

Nie chcę przesadnie krytykować organizatorów – wszak celem każdej działalności gospodarczej jest zysk, a jeśli taki proceder zysk daje, trudno z niego zrezygnować. Ale trudno nie zauważać nagłówków, które poniekąd sugerują, że mamy do czynienia z czymś, co na pewno będzie. Czytaj i myśl, że już, za moment, za chwileczkę. Wszystko po to, aby zaaferowany użytkownik pędził do wiedzy, przekonany, że już musi. Tymczasem wiedza przekazana mam podczas takiego szkolenia może okazać się za moment nieaktualna. Ba, może okazać się (oby) całkowicie bezużyteczna.

Zastanawiam się nad pobudkami osób uczestniczących w takim szkoleniu. Zapewne mamy do czynienia z garścią osób, której nie chce się czytać projektu, a chcą się dowiedzieć, czym to pachnie. Ale są też takie, które chcą konkretnej wiedzy, a tej przecież nie dostaną. Nie będą mieć pewności, czy to, czego się dowiedzą, do czegokolwiek im się przyda. Nie lepiej poczekać? Przynajmniej do chwili, gdy kształt ustawy będzie znacznie bardziej pewny?

Ps. Szczerze podziwiam prowadzących, sam projektu nawet nie przeczytałem (choć może by się udało, gdyby nie okoliczności zewnętrzne).

Pps. Wspomniałem o szkoleniach z ustawy o jawności życia publicznego. Zdarzyło mi się na etapie intensywnych prac nad tą ustawą zgodzić się na wystąpienie na jej temat na konferencji. Czasu było sporo i spodziewałem się, że przy tym tempie w momencie konferencji ustawę już od dawna będziemy mieli uchwaloną i stosowaną. Tymczasem projekt utknął i moje wystąpienie było najbardziej zmarnowaną połową godziny dla uczestników tego spotkania :)

Ppps. Choć przemknęło mi wówczas przez myśl, aby stanąć przed audytorium i stwierdzić, że skoro nie ma o czym mówić, to powiem o czymś innym, dla odmiany aktualnym ;)

3 komentarze do: “O szkoleniach z „nowego Pzp”

  1. To tak, jak w pierwszej połowie 2016 była masa szkoleń z projektu nowelizacji pzp, która potem została przyjęta w połowie roku. O ile jeszcze rozumiem omawianie planowanych zmian podczas szkoleń z obowiązujących przepisów albo też robienie szkoleń z nowelizacji w momencie, gdy jest już na finalnym etapie prac legislacyjnych (np. już po przyjęciu przez sejm i w czasie prac senatu), ale te szkolenia szły już chyba od początku roku. Nie wiem, czy projekt nie był wówczas jeszcze dopiero w RCL.

    Inna sprawa jest taka, że to, co znaczenie zapisów nowelizacji z 2016 odkodowujemy i poznajemy do dziś. Dlatego robienie szkolenia na samym tekście jest zawsze nieco pozbawione sensu.

  2. Oczywiście takie szkolenie jest próbą wyciągnięcia pieniędzy od naiwnych, dlatego należy liczyć na rozsądek poszukujących szkoleń, tzn. że nie będą „szkolić się” z czegoś czego nie ma. Nie będzie popytu, nie będzie podaży. Z drugiej strony, kto komu zabroni szkolić np. z lewitacji, a innym uczyć się tej czynności? Najgorsze, że na takie szkolenia (z zamówień, nie lewitacji;) najczęściej kierowani są pracownicy zamawiających, a ponieważ są to pieniążki publiczne nikt ich nie ogląda przed wydaniem jak własnych, co oznacza że pieniążki podatników idą w błoto, tj. do kieszeni szkolących o niczym. Z drugiej strony co to za ustawa, że trzeba z niej ciągle szkolić? Po roku już powinno być wszystko oczywiste, a ewentualne niejasności i wątpliwości rozwiane orzecznictwem. Ale się „nie da” i wszyscy się „szkolą” – z ustawy, z nowelizacji, z orzecznictwa itd. Po roku już widać czy dane przepisy są coś warte czy należy je spuścić w przepaść. Ciągle nie potrafię wyjść ze zdumienia, że procedury zakupu czegoś za publiczne pieniądze nikt nie umie napisać tak, żeby było to oczywiste i w miarę możliwości proste. Pobieżny rzut oka na omawiany projekt pokazuje, że prędko to nie nastąpi (prawie 700 art. !!!).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.