O czarnej stronie płatności częściowych

Sporo przy okazji koncepcji nowych przepisów o zamówieniach publicznych pisano o tym, że trzeba ulżyć niezbyt szczęśliwej doli wykonawców poprzez zmuszenie zamawiających przy dłużej trwających zamówieniach do udzielania wykonawcom zaliczek lub płacenia im w częściach. Nie jest to jednak wielka nowość – takie przepisy mamy już obecnie (co prawda tylko w odniesieniu do robót budowlanych, ale to one stanowią główny problem), w art. 143a ust. 1 Pzp.

Inna sprawa, że życie idzie swoim torem. Jak zaliczek na rynku było niewiele, tak nadal jest niewiele. Z kolei płatności częściowe przy dłuższych zamówieniach były i są normą. Problem jednak jest w tym, że sam obowiązek zapewnienia płatności częściowych w kontekście praktyki funkcjonującej na rynku pomaga wykonawcom znacznie mniej, niż by się zdawało. Sama idea płatności częściowych polega na tym, że wykonawca ma dostać kasę nie na zakończenie realizacji inwestycji, ale w jej trakcie – tak aby zniwelować konieczność finansowania robót z własnej kieszeni. Skrócenie tych okresów kredytowania służy wykonawcy, a zatem i zamawiającemu – wykonawca nie ponosi kosztów związanych z pozyskaniem takiego finansowania, a więc cena jest niższa; nie ma ryzyka, że wykonawca w pewnym momencie się przeliczy i nie udźwignie zamówienia, a więc większa szansa, że zamówienie zostanie ukończone sukcesem…

Wspomniany wyżej mankament płatności częściowych polega na tym, że zazwyczaj zamawiający płacą za elementy ukończone. Furda, że wykonawca zamawiając materiały czy urządzenia musi wpłacać zaliczki, niekiedy bardzo wysokie. Zamawiający nie zapłaci za dany element, dopóki go nie zobaczy. Ba, dopóki go nie zobaczy wmontowanego/wbudowanego na swoim miejscu. Co to oznacza? Że wykonawca musi jednak sięgać do swojej kieszeni i długoterminowo finansować realizację zamówienia. Sam zobaczy kasę czasami wiele miesięcy po zapłaceniu zaliczki, a nawet i całości wynagrodzenia za dostawę. Bo przecież do tego dochodzą tak lubiane przez zamawiających zapisy umowne jak najdłuższe maksymalne terminy płatności, bardzo długie albo wręcz nieokreślone terminy dokonywania odbiorów i akceptacji wniosków o płatność, czy wreszcie dopuszczenie odbiorów wyłącznie bezusterkowych (brak możliwości dokonania odbioru przy usterkach nieistotnych, które nie utrudniają użytkowania i można nadrobić je niewielkim nakładem sił później).

Efekt jest taki, że ryzyko pozostaje. Że wykonawca musi mieć znacznie większe zasoby finansowe, niż by ich potrzebował przy bardziej „ludzkim” rozliczaniu, że cena za realizację zamówienia jest wyższa, i że rośnie ryzyko problemów wykonawcy przy realizacji (a każdy problem wykonawcy to problem zamawiającego). Niestety, nikt nie zwrócił na to uwagi w opublikowanym kiedyś wzorze umowy na obiekt liniowy (tam też jest płatność tylko za odbiory częściowe, nie ma mowy o wadach nieistotnych), a niedawno opublikowane przez UZP przykładowe zapisy dotyczące płatności częściowych w ogóle takich spraw nie poruszają.

Jeśli ma być lepiej, nie wystarczą ogólniki w przepisach – wciąż brak dobrych praktyk…

Ps. A zapis opublikowanego właśnie projektu nowej ustawy na pewno nie pomoże – skoro mowa tam o płaceniu ceny „w częściach, po wykonaniu części umowy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.