O „lub równoważnych”

W czwartkowej „Gazecie Prawnej” pojawił się tekst Sławomira Wikariaka „Przetargi na sprzęt medyczny na własnych zasadach”. Chodzi w nim o wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 25 października w sprawie C-413/17. Sedno sprawy odnosi się do możliwości zawężania przez zamawiających parametrów zamawianego sprzętu medycznego i sugestii TS, że w „delikatnym obszarze zdrowia publicznego” pewne zamówieniowe zasady w tej mierze powinny być interpretowane przez pryzmat dbania o życie i zdrowia osób, które stanowią wartość nadrzędną.

Ale mnie zainteresowała przede wszystkim inna wzmianka w tekście: „Trybunał wskazał, że przepisy dyrektywy wymagają jedynie dodania słów „lub równoważny”.” I podkreślenie, że w polskim orzecznictwie wymaga się więcej, a więc – zbyt wiele :) Fakt, w dyrektywie (ale także i w naszej ustawie) nie ma nic więcej. Orzecznictwa krajowego, że powinno być więcej mamy mnóstwo. Także nieszczęsnych korekt finansowych nakładanych na tych, którzy owej równoważności nie opiszą. W wyroku będącym tematem przywołanego artykułu trybunał powołał się na przepis nakładający obowiązek dodania słów „lub równoważny”, ale temat tego, czy coś więcej powinno być opisane, w ogóle się nie pojawił – w stanie faktycznym sprawy taki wątek w ogóle nie zaistniał.

W artykule znalazł się też komentarz Pawła Nowickiego, który stwierdził, że „nasza praktyka jest co prawda bardzo transparentna, ale często stwarza ogromne trudności zamawiającym”. I obawiam się, że wymowa tych słów nieco kłóci się z moim spojrzeniem na rynek zamówień publicznych. Trudności zamawiającego wydają mi się tu nieco przecenione, bo jeśli przedmiot zamówienia publicznego wymaga szczególnych wiadomości, i tak zleca się go specjalistom w tym zakresie, a jeśli nie wymaga, to i zamawiający sobie z tym zwykle poradzi. Owszem, wymaga to pracy, ale daleki byłbym od stwierdzenia, że mamy do czynienia z powszechnym występowaniem „ogromnych trudności”.

Natomiast medal ma drugą stronę. Co by było, gdyby zamawiający oszczędzili sobie pracy i poprzestali na „lub równoważny”? Ano w wielu wypadkach stałoby się to, że wykonawcy nie wiedzieliby czy zamawiający to, co oferują, uzna za równoważne czy nie. Może chodzić o funkcjonalności, ale czy wszystkie? A może o rozmiar i kolor też? Pojawiłaby się niepewność i spory pomiędzy stronami postępowania o to, czy dany przedmiot jest równoważny czy nie. Pojawiłaby się duża uznaniowość po stronie zamawiających, którzy na etapie oceny równoważności podkreślaliby takie cechy, których nie spełnia ów równoważny przedmiot, niezależnie od tego, czy faktycznie są one istotne. I argumentacja dorabiana na siłę. A to wszystko powodowałby zmniejszenie konkurencyjności postępowań – wykonawcy, niedysponujący konkretnym produktem wskazanym w specyfikacji często po prostu nie składaliby ofert.

Zamawiający może byłby szczęśliwy, bo mniej roboty, ale czy na pewno o to chodzi w zamówieniach?

Ps. A tak przy okazji, to jak już gdzieś kiedyś pisałem – przesłanki stosowania konkretnych znaków towarowych należałoby poluźnić, a są przypadki, w których należałoby od bezwzględnego obowiązku dodania „lub równoważny” odstępować. I zapewne często zdarzają się sytuacje, gdy ustawa sobie, a życie i zdrowy rozsądek sobie (bo przecież nie napiszę, że zamawiam prenumeratę „Gazety Prawnej” lub równoważnej :)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.