O minimalnym poziomie niemierzalnej jakości

Gdy zamawiający kupuje windę, sofę albo papier, wymaganą minimalną jakość jest w stanie wyrazić za pomocą odniesień do konkretnych parametrów technicznych. Papier ma mieć określoną gramaturę, gładkość czy pylenie się, sofa ma być wykonana z materiału, który otrzymał odpowiedni wynik w testach na trudnozapalność lub wytrzymuje odpowiednią ilość cykli ścierania liczoną w skali Martindale’a, a winda ma odpowiednią wytrzymałość, szybkość, wykończenie itd. Sprawa prosta (pomijając fakt, że aby ustalić takie wymagania, konieczna jest odpowiednia wiedza o przedmiocie zamówienia).

Bywają jednak takie przedmioty zamówienia, w których takich progów jakości wyznaczyć się nie da. Zresztą, weźmy wspomnianą sofę – w przywołany wyżej sposób możemy ocenić materiały, z których jest wykonana, ale już nie ergonomię albo estetykę. Tutaj zerojedynkowych regułek, obiektywnych i dających się potwierdzić odpowiednimi testami skal oceny po prostu nie ma. Trzeba po prostu na sofie usiąść i spędzić na niej wystarczający czas – a ocena zawsze będzie zależeć od subiektywnych wrażeń. Analogicznie jest w przypadku wielu innych przedmiotów zamówienia – na przykład gdy chcemy ocenić jakość pracy prawnika, z którego usług chcemy skorzystać, albo szkoleniowca, który ma nas uczyć. W takich wypadkach zamawiający sięgają niekiedy (nie tak często jak powinni) po kryteria – no właśnie – subiektywne, niemierzalne.

To, że tak mogą, nie ulega wątpliwości (choć wciąż nietrudno spotkać się z opiniami przeciwnymi, nieustająco mnie szokującymi). Swego czasu jednak długo zastanawiałem się nad tym, czy mogę zapisać: jeśli dany przedmiot oceny nie otrzyma na przykład 50% możliwych do uzyskania punktów w subiektywnej ocenie jakościowej, to zamawiający uzna, że nie spełnia wymogów opisanych w SIWZ i odrzuci ofertę na podstawie art. 89 ust. 1 pkt 2. Nie byłem pewien, czy faktycznie można to podciągnąć pod zgodność z SIWZ. Dziś mogę powiedzieć: to jest jak najbardziej zgodne z ustawą, a w wielu wypadkach inaczej ustawić minimalnego progu jakości po prostu się nie da. I sposób, i cel takie postępowania są jak najbardziej logiczne: jeśli szukam szkoleniowca, szukam takiego, który czegoś mnie nauczy, a nie takiego, na którego wykładzie zasnę. Nawet jeśli oferuje rewelacyjną cenę, ale otrzymuje w ocenie jakości 10 razy mniej niż konkurencja, po co mam go brać. Nie zaoszczędzę, przeciwnie – stracę pieniądze, które na niego wydam.

I tak się złożyło, że w opublikowanym bodajże w ubiegłym tygodniu najnowszym wydaniu „Informatora UZP” znalazł się skrót wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczącego tej właśnie kwestii. Chodzi o wyrok z 20 września 2018 r. w sprawie C-546/16 Montte. Opisywany tam schemat działania zamawiającego idzie nawet dalej: z opisu wynika, że chodzi o parametry techniczne, których spełnienie wykonawca miał wykazać w co najmniej 70%. Jeśli tego nie zrobił – nie przechodził do kolejnego etapu oceny, czyli w praktyce jego oferta była odrzucana. Czy wchodziły w nie także niemierzalne wprost aspekty wygody, estetyki itp. – tego niestety nie wiem, ale jest to tu bez znaczenia. Trybunał został zapytany o to, czy można odrzucić ofertę, która nie osiągnie wyznaczonego minimalnego poziomu w ocenie technicznej i nie dopuszczać jej do porównania w kolejnym etapie ofert. No bo jak to tak – może i jakość jest nieco niższa od 70%, a przecież cena rewelacyjna i w kryteriach (w skład których wchodzi też ten element oceny technicznej) być może taka oferta by wygrała…

Trybunał uznał, że taki model oceny jest zgodny z dyrektywami i nic nie stoi na przeszkodzie takiemu postępowaniu. Nie bruździ to w żaden sposób konkurencji – każdy potencjalny wykonawca ma szansę osiągnąć ten próg i rywalizować w kryteriach oceny ofert. Z kolei zamawiający ma prawo w taki sposób określić swoje potrzeby.

Oczywiście w praktyce trzeba pamiętać o jednym – jeśli stosujemy tego typu progi, ocena ofert musi być sporządzona wyjątkowo rzetelnie. Jeśli mamy do czynienia z parametrami dającymi się jasno określić – także tej metody nie polecam. Lepiej wówczas określić minimalny parametr w każdym z interesujących zamawiającego elementów, bo inaczej może się okazać, że oferta przekroczy wymagany próg, ale mimo to w jakimś elemencie będzie beznadziejna i chociaż za niego nie dostanie żadnego punktu, zamawiający będzie skazany na borykanie się z czymś, czego mając swobodę decyzji w życiu by nie kupił. Ale tam, gdzie mamy do czynienia z jakością, której nie da się zmierzyć w metrach, niutonach, cyklach Martindale’a – o, tam to chyba jest wręcz konieczność.

Ps. A przecież ja o tym już pisałem, choć bardzo dawno temu. Jednak było to w czasach, gdy pomysł mi się podobał, ale jeszcze miałem wątpliwości co do jego zgodności z ustawą. No i nie było takiego ładnego orzeczenia. Może więc warto było o tym napisać jeszcze raz :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.