O niedoli MŚP

Dużo miejsca w „Koncepcji nowego Prawa Zamówień Publicznych” poświęca się poprawie doli wykonawców z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Wiele pomysłów tam zawartych odnosi się się właśnie do tego tematu i są to pomysły, których wprowadzenie w życie faktycznie może pomóc (choć do tej kategorii nie należy kuriozalna idea nakazania każdemu zamawiającemu wyodrębnienia określonego procenta zamówień dla tej grupy przedsiębiorców). Mam jednak wrażenie, że nie zwrócono uwagi na jeden element, który stanowi niewątpliwą barierę w udziale takich przedsiębiorców w rynku zamówień publicznych – a barierą są same przepisy, sposób ich sformułowania i ich ilość.

Wykonawcy „duzi” mają zwykle wyspecjalizowane służby albo wynajmują kancelarie, które w przepisach orientują się nie gorzej (a czasami lepiej) od zamawiających. Słowem, bariera dla nich nie istnieje, mają kompetencje i fachowych ludzi. Zbieranie koniecznych papierów jest dla nich powtarzalną, rutynową czynnością. Wypełnianie JEDZa, po pierwszych być może potknięciach, także jest standardem. Ale ktoś, kto chce wkroczyć do zamówień po raz pierwszy – nic z tego wszystkiego nie rozumie. A jeśli jest niewielkim podmiotem, zwykle także nie może sobie pozwolić na pomoc wysoko wykwalifikowanych fachowców (zwłaszcza, że szansa na uzyskanie zamówienia nie jest stuprocentowa).

Koncepcja wielokrotnie wspomina o uproszczeniu procedur, ale nie wspomina o uproszczeniu regulacji. W jednym miejscu, w którym dostrzegam taki zamiar (uproszczenie regulacji dotyczących dialogu technicznego) owo „uproszczenie przepisów” jest wymienione jednym tchem z „doprecyzowaniem przepisów”, co budzi we mnie ogromny niepokój – jedno bowiem zazwyczaj kłóci się z drugim. Wiele także w koncepcji przykładów tego, w jaki sposób przepisy można doprecyzować, aby wyeliminować pewne niedoskonałości. Czy to właściwa droga? Czy może jednak nie byłoby lepszą ścieżką eliminowanie niedoskonałości obecnych przepisów poprzez ich eliminowanie? :)

Oczywiście, kiepski przykład biegnie do nas w tej mierze z Brukseli. Jednym z głównych celów dyrektywy 2014/24/UE jest wspieranie właśnie rynku MŚP. Jaki jest tego skutek? Dyrektywa 2004/18/WE, która została zastąpiona nową dyrektywą liczyła niespełna 23 tys. wyrazów i 175 tys. znaków. Nowa regulacja to ponad 70 tys. wyrazów i ponad pół miliona znaków. Ponad trzykrotnie obszerniejsza… A gdy spojrzeć na dyrektywy wcześniejsze, z 1992 i 1993, cóż, najdłuższa z nich miała ok. 75 tys. znaków. Jasne, dyrektywy nie są skierowane co do zasady bezpośrednio do uczestników rynku, ale do krajów członkowskich. Jednak nagromadzenie słów, coraz bardziej hermetyczny język, przenoszą się na regulacje krajowe.

I u nas cierpimy dokładnie tak samo. Każda kolejna nowelizacja to kolejne morze słów. Gdy ktoś, kto dotąd nie miał do czynienia z naszymi przepisami widzi książkę, jaką tworzy ustawa (niedawno przywiezione z arcyciekawego szkolenia u Darka Koby wydanie, bardzo poręczne – mały format, ale i mała czcionka, sama ustawa – 137 stron) – cóż, z pewnością nie czuje się tym zachęcony.

Przepisy mają ograniczać samowolkę, ale i mają dawać zamawiającym możliwości do wykorzystania. Tymczasem mam wrażenie, że także i teraz idziemy w kierunku dalszego doprecyzowywania, dorzucania jeszcze większej ilości słów do morza, które już mamy. A przecież samo to morze, sam jego rozmiar – już to jest ogromną barierą. Mam nadzieję, że autorzy nowej ustawy będą o tym pamiętać. I będą bezlitośnie ciąć wszystko, co się da… Bo więcej to nie zawsze lepiej :)

Ps. Kolejny tekst w szponach (może już nieco bardziej odnoszący się do przyziemnych i aktualnych problemów) dopiero za kilka tygodni; jeśli mnie kalendarz nie okłamuje – na początku sierpnia. W przyszły poniedziałek mam nadzieję siedzieć już na drugim końcu Polski szczęśliwie z książeczką na jakimś leżaczku, ciesząc się z życia niezamówieniowego, podczas gdy żona i córka będą się pluskać w Bałtyku :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.