O rozsądku KIO, czyli niepotrzebnych tłumaczeniach

Jedną z podstawowych zasad postępowań o udzielenie zamówienia publicznego prowadzonych na podstawie Pzp jest zasada prowadzenia ich w języku polskim. Jak to zasada, ma ona jednak pewne wyjątki – zamawiający może zgodzić się na składanie wniosków o dopuszczenie do udziału w postępowaniu lub ofert w innym języku, niezależnie zaś od tego wykonawcy mogą posługiwać się dokumentami obcojęzycznymi, byleby złożyli wraz z nimi tłumaczenie na język polski.

Co, jeśli wykonawca nie złoży tłumaczenia dokumentu na język polski? Cóż, należy wezwać wykonawcę do złożenia dokumentu na podstawie art. 26 ust. 3 Pzp, a jeśli nie złoży – uznać, że dokumentu nie rozumiemy. Tak też stanowią rozmaite wyroki KIO, np. 1634/10 czy 2160/10. Ale od czasu, gdy w pewnym postępowaniu zamawiający wezwał wykonawcę do uzupełnienia tłumaczenia certyfikatu (po angielsku i to parę słów zaledwie), a wykonawca pomylił się, uzupełnił inny certyfikat i w efekcie nie tylko został wykluczony z postępowania, to jeszcze stracił wadium, żyła we mnie nadzieja na odrobinę rozsądku. Nadzieja nieco irracjonalna, bo ze świadomością, że jakie by człowiek nie wymyślił tutaj półśrodki, zawsze byłoby źle. Jeśli stwierdzę, że certyfikatu o pięciu słowach po angielsku nie trzeba tłumaczyć, to dlaczego nie powiedzieć tego samego o certyfikacje z pięcioma słowami po irlandzku czy chińsku…

Nadzieja była zatem nieco irracjonalna i beznadziejna, a tu wpadł mi w ręce wyrok KIO w sprawach 1967 i 1980/10. Mianowicie jeden z wykonawców odwołał się żądając wykluczenia jednego z konkurentów, który nie złożył tłumaczenia całej referencji (pominął w tłumaczeniu jej część). A KIO… z jednej strony uznało oczywiście, iż jest to niezgodne z przepisami. Skoro dokument ma być z tłumaczeniem, to należy przetłumaczyć cały dokument, a nie tylko część. Niespodziewanie Izba nie uwzględniła jednak odwołania w tym zakresie kierując się…, no właśnie, chyba zdrowym rozsądkiem: „Zwrócić należy uwagę, iż referencja sporządzona została w języku angielskim i dla osoby posiadającej minimalną znajomość języka angielskiego przetłumaczenie spornego fragmentu nie powinno nastręczać trudności. Z fragmentu tego nie wynika nic innego niż z pozostałej, przetłumaczonej części dokumentu. Uwzględnienie zarzutu i ewentualne nakazanie zamawiającemu wezwanie wykonawcy Raytheon Anschütz GmbH do uzupełnienia dokumentu spowodowałoby, iż zamawiający otrzymałby dokument, z którego nie wynikałoby nic innego niż to, co jest już zamawiającemu wiadome.”

Trzykropek przy „kierując się” oznacza ni mniej ni więcej tyle, że legalizm takiego orzeczenia mógłby być kwestionowany. Niemniej jednak cieszy ogromnie, że w tym konkretnym przypadku formalizm postępowania o zamówienie nie pokonał zdrowego rozsądku. Bo faktycznie – uwzględniając odwołanie i nakazując wezwanie do uzupełnienia tłumaczenia, Izba spowodowałaby jedynie to, że postępowanie trwałoby dłużej. Jego wynik w żaden sposób nie zmieniłby się, choć – oczywiście – można się zastanawiać, czy aby na pewno (bo na przykład przesyłka z uzupełnieniem spóźniłaby się o pięć minut…). I cieszy utarcie nosa odwołującemu – bo jeśli się czepiać, to faktycznych dziur w całym, a nie takich, z których nic nie wyjdzie :)

Swoją drogą, spotykam się niekiedy z marudzeniem, dlaczego nie można wymagać, aby tłumaczenia składane w postępowaniu były tłumaczeniami przysięgłymi. Cóż, kiedyś taki przepis obowiązywał, ale nawet tłumaczenie przysięgłe nie ratowało przed bykami. Do dziś mam przed oczami gwarancję wadialną, w której tłumaczeniu napisano, że jest ona płatna na pierwsze żądanie zleceniodawcy gwarancji, a nie beneficjenta. Postępowanie niezmiernie ważne i prestiżowe, jedna jedyna oferta i taki babol. Szczęśliwie okazało się, że to tylko błąd w tłumaczeniu, a nie gwarancji. Inna sprawa, że może faktycznie, gdyby wymóg tłumaczenia przysięgłego był zachowany, rzadziej zdarzałyby się sytuacje, w których tłumaczenie zawiera np. zdanie więcej niż tekst pierwotny :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.