O obciążeniu i uznaniu

Zauważyłem, że dość rzadko zdarza mi się w „szponach” sięgać po tematy związane z przesadą zamawiającego we wzorach umów narzucanych wykonawcom. A przecież to temat rzeka, a wiele pomysłów zamawiających wrzucanych do umów aby zabezpieczyć się przed wszelkim możliwym ryzykiem, powoduje, że efekt jest odwrotny od oczekiwanego – rośnie ryzyko problemów wykonawcy, a przecież każdy problem wykonawcy jest w praktyce problemem zamawiającego. Liczne z tych rozwiązań są już tak powszechne, że w ogóle nie zwraca się na nie uwagi, nawet wykonawcy rzadko próbują zamawiającego przekonać do zmiany zdania.

Jeden z tych powszechnie stosowanych zapisów przerzucających na wykonawcę ryzyko, które powinno leżeć po stronie zamawiającego, stanowi, że za datę dokonania zapłaty wynagrodzenia uznaje się dzień obciążenia rachunku zamawiającego. W praktyce oznacza to, że strony umowy zgadzają się, aby w momencie pobrania pieniędzy z rachunku bankowego zamawiacza uznać zamówienie za opłacone, niezależnie od tego, że wykonawca tymi pieniędzmi jeszcze nie może dysponować (jego rachunek bowiem nie został jeszcze uznany, czyli pieniądze na niego nie wpłynęły).

Skąd się to bierze? Czasami ten temat poruszam z zamawiającymi i słyszę: „a co będzie jeśli bank się spóźni?” Albo: „będę musiał pilnować sesji międzybankowych i płacić dzień a nawet dwa dni wcześniej przed terminem. A co jeśli się spóźnię?” Cóż, umówmy się, że z powodu okazjonalnego jednodniowego spóźnienia zapewne nikt nie będzie żądał od zamawiającego odsetek. Umówmy się też, że płacenie jeden dzień wcześniej wielkiego uszczerbku w budżetach zamawiaczy nie sprawi. I spójrzmy na to od drugiej strony. I od strony zasad.

Weźmy sobie na przykład takie wadium. Co się dzieje, gdy termin składania ofert upływa o 12:00, a wadium od wykonawcy wpływa o 12:05? Ano, niestety, oferta taka idzie do kosza. Dlaczego? Dlatego, że istotny jest termin, w którym następuje uznanie rachunku zamawiającego czyli moment, w którym może on fizycznie dysponować tymi pieniędzmi – nie wystarczy kwitek od wykonawcy, że on już wykonał przelew i lada moment kasa na rachunku zamawiacza się pojawi. Kolejny przykład: Co się dzieje, gdy zamawiający składa ofertę albo dokumenty w postępowaniu, ale zrobi to po terminie? Dokładnie to samo – i nie ma tu znaczenia, kto ponosi winę, czy wykonawca, który za późno się zebrał, czy kurier, który zawalił. Oczywiście, postępowanie w tych przykładach wynika poniekąd ze stosownych przepisów, ale jednocześnie stoi za tym jednak słuszna zasada. Ale niekiedy sztywnej regulacji nie ma, a i tak Zamawiający zasady nie narusza, bo jest dla niego korzystna: za moment uznania dostawy za wykonaną zamawiający przyjmuje chwilę, w której przedmiot dostawy otrzymał, a nie ten, w którym przedmiot dostawy został do niego wysłany. Ba, w praktycznie każdej normalnej sytuacji handlowej za proces przekazania dostawy z punktu A do punktu B odpowiada ten, kto przedmiot dostawy wysłał – i jeśli przez przypadek zaginie on po drodze lub zostanie zniszczony, odpowiedzialnym jest nadawca, a nie odbiorca.

Dlaczegóż zatem z tym przelewem miałoby być inaczej? Chyba tylko dlatego, że zamawiający czują, że to ryzyko bezkarnie mogą przerzucać na wykonawcę i tak robią. Żeby to on potem martwił się, co z tym bankiem. Nie dostrzegają, że to kolejny kamyczek do ogródka nadużywania swoich praw. O miejscu świadczenia, o którym mowa powyżej stanowi wprost art. 454 kc. Wynika z niego, że – co do zasady – miejscem spełnienia świadczenia jest siedziba odbiorcy. Co więcej – odnosi się także wprost do świadczenia pieniężnego wskazując, że jest ono spełnione wtedy, gdy dotrze do adresata. I choć przepis nie wspomina o czasie, wnioski dotyczące czasu można z niego wysnuć bez żadnych kombinacji. Skoro świadczenie pieniężne jest spełnione wtedy, gdy dotrze do adresata, to przecież jeśli w terminie zapłaty adresat jeszcze go nie otrzymał, to świadczenie spełnione nie jest.

Dobitnie tę zasadę wykazał Sąd Najwyższy w uchwale z 4 stycznia 1995 r. (sygn. akt III CZP 164/94). Co prawda podkreślił tam (i możliwość takich wyjątków wynika też ze wspomnianego art. 454 kc.), że strony umowy mogą postanowić inaczej, z czego zamawiacze korzystają. Ale – znowu – skoro taką mamy zasadę, to powinniśmy od niej odchodzić tylko w uzasadnionych okolicznościach. Wyjątkowych, a nie w przypadku każdego jak leci zamówienia. Bo zamówienia publiczne same w sobie nie stanowią jakiegoś tak wyjątkowego dziwa, że samo przez się rozumie się w nich odchodzenie od norm cywilizowanego świata (p. Konwencja Narodów Zjednoczonych o umowach międzynarodowej sprzedaży towarów).

Nie jest to największy problem umów o zamówienie. Przeciwnie, pewnie jeden z drobniejszych. Ale jakże wymowny. A poza tym, zmiany najłatwiej zacząć właśnie od rzeczy drobniejszych.

Ps. Wspomniana uchwała SN pochodzi sprzed ponad 20 lat, ale wciąż jest aktualna. Przepisy w tej mierze się nie zmieniły, a analogiczną zasadę przywołuje się w kolejnych orzeczeniach – np. uchwała SN z 14 lutego 2002 r. (sygn. akt III CZP 81/01), skąd zaczerpnąłem namiar na wspomnianą na końcu konwencję NZ, czy wyrok SN z 14 stycznia 2016 r. (sygn. akt I CSK 1094/14).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.