O grzechu tolerancji

Z tolerancją jest jak z wszystkim innym – czy uznać ją za cnotę, czy za wadę, zależy od spożytej dawki :) W zamówieniach publicznych są momenty, gdy tolerancji pojawia się zbyt wiele, aby móc potraktować ją w kategoriach cnoty. Taka zbyt daleko posunięta tolerancja pojawia się przede wszystkim na etapie realizacji zamówienia. Zresztą, to poniekąd zrozumiałe – w trakcie samego postępowania, z natury swej praktycznie w całości uwiecznionego w papierach i na podstawie tych papierów ocenianego, zwykle rzucałaby się w oczy. Na etapie realizacji – dużo łatwiej ją ukryć przed światem.

A przykładów takiej tolerancji można wymienić sporo. Zamawiający wskazują w opisach przedmiotu zamówienia liczne wymogi – i jakże często potem ich nie kontrolują. Jasne, zauważają, jeśli dostarczany laptop miał mieć monitor o przekątnej 15,6 cala, a ma tylko 14. Ale często nie zwracają uwagi na to, jaka warstwa podsypki znalazła się w rowie wykopanym pod ułożenie kanalizacji. Bo komputer zostaje, jaki jest każdy widzi. A ślad po braku podsypki przecież natychmiast znika, bo rury po położeniu się zakopie… Brak kontroli na etapie realizacji zamówienia powoduje, że wykonawca może zaoszczędzić ładny grosz właśnie na materiałach czy sposobie realizacji. Zresztą, zamawiający czasami sam nie wie, czego wymaga. Przykładem specyfikacje techniczne wykonania i odbioru robót, jakże często kopiowane z jednej umowy do drugiej, a tego, co jest w nich zapisane, nie tylko się nie realizuje, ale często nawet nie ma świadomości, co taki dokument zawiera…

Inny przykład to faktyczny udział w realizacji zamówienia podmiotów trzecich, które użyczyły doświadczenia na etapie postępowania, oraz osób, które wykonawca wskazał do wykonywania określonych czynności. Dobrzy specjaliści są zazwyczaj drogimi specjalistami i jeśli zamawiający nie będzie egzekwował od wykonawcy, aby dana osoba/podmiot wykonywała faktycznie swoje obowiązki, zdarza się, że i wykonawca o to nie dba. Kolejny grosik zaoszczędzony – albo specjaliście/podmiotowi trzeciemu nie musi płacić/może płacić mniej, albo „opędzi” takim pracownikiem, który będzie symbolicznie od czasu do czasu się w papierach pojawiał znacznie większą liczbę kontraktów jednocześnie, niż wskazywałby na to zdrowy rozsądek. Psu na budę takie warunki udziału w postępowaniu.

A nawet jak coś jednak wyjdzie w praniu (np. przekroczony termin realizacji), często zamawiający jest gotów zrobić wiele, aby wykonawcy za nieodpowiednie wykonanie umowy nie ukarać (o ile faktycznie wina leży po stronie wykonawcy). Powodów jest wiele – np. zamawiający nie chce zrażać do siebie wykonawcy albo nie chce mieć na głowie problemu z przeliczaniem wskaźników projektu z uwagi na nadprogramowy dochód. Problem tylko w tym – po co te kary przewiduje, skoro potem z nich nie chce korzystać? Zresztą, czasami bywa też tak, że wymogów w umowie sporo, ale brakuje narzędzi kontroli i potencjalnych sankcji…

Oczywiście, nie zawsze jest to zła wola zamawiających. Ba, mam wrażenie, że to raczej mniejsza część wypadków. Znacznie częściej przyczynami będzie lenistwo, brak kompetentnych osób (co prawda to naturalne, że w przedmiocie zamówienia wykonawca zwykle bywa większym profesjonalistą od zamawiającego, ale czasami ta dysproporcja przekracza granice zdrowego rozsądku – i żadna w tym wina wykonawcy ;)), a czasami po prostu nadmiar pracy na nich spoczywającej, brak możliwości dopilnowania wszystkiego.

Co jest efektem tych zjawisk? Przede wszystkim zaniżanie jakości w stosunku do wymagań. Skoro można zaoszczędzić, niejeden wykonawca z takiej okazji skorzysta. Ba, znając tę cechę rynku zamówieniowego normą staje się przewidywanie takiej sytuacji już na etapie przetargu – jeśli składając ofertę wykonawca uwzględni wszystkie wymagania, to z dużym prawdopodobieństwem przegra ten przetarg z wykonawcą, który założy, że zamawiający czegoś nie zauważy lub odpuści. W efekcie zaniżanie kosztów staje się zjawiskiem powszechnym. A jeśli trafi się na zamawiającego, który jednak będzie egzekwować wszystko? Cóż, wtedy problemy zaczynają się po obu stronach, bo nic w takim zamówieniu nie idzie tak jak trzeba.

I – jak pewnie nieraz już tu pisałem – tzw. „rażąco niska cena” jest efektem właśnie tego zjawiska. I chcąc podnosić jakość, nie ma sensu sięgać po sztuczne i niepotrzebne środki w postaci obowiązkowych kryteriów jakościowych. Trzeba rozprawić się z prawdziwą przyczyną. Bo nawet jeśli kryteria jakościowe jakoś szerzej zadomowią się w zamówieniach, i tak niewiele zmienią – nawet jeśli zamawiający zwróci uwagę na aspekty objęte tym kryterium (o ile zwróci), to przecież takie kryterium wszystkiego i tak nie obejmie. I zawsze znajdzie się jakaś podsypka, na której będzie można zaoszczędzić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.