O wyższości terminu nad terminem i odwrotnie

Roboty nawał, więc czasu na wielkie pisanie nie ma. Aby jednak poniedziałkowego zwyczaju nie złamać, notka będzie, choć krótsza niż zwykle :) Tym razem o tym, jak określać termin wykonania zamówienia. Podstawowe szkoły – co do zasady – są dwie: albo określamy termin konkretną datą (względnie dwiema konkretnymi datami, jedną rozpoczęcia, drugą zakończenia), albo określamy termin okresem od jakiegoś zdarzenia (najczęściej – od podpisania umowy). Zdarza mi się czasami słyszeć, że ta pierwsza to samo zło, a jedynie słuszna jest druga. Cóż, niby racja.

Zacznijmy od argumentów przemawiających za tym, że oznaczanie terminu wykonania zamówienia konkretną datą faktycznie może być niewłaściwe. Argument jest w zasadzie jeden, ale potężny: brak pewności, jak długo będzie trwać postępowanie o udzielenie zamówienia i umowa zostanie zawarta. Rodzi to często wielkie ryzyko po stronie wykonawcy, rodzi też ryzyko po stronie zamawiającego. Po stronie wykonawcy – bo szacując okres, jaki mu pozostanie na wykonanie zamówienia może się mocno przejechać, gdy po złożeniu ofert postępowanie się przeciągnie, czy to z powodu odwołań, czy to z powodów leżących stricte po stronie zamawiającego. A zamawiający rzeknie twardo: jesteś związany ofertą, podpisuj, wykonuj, inaczej zabiorę wadium. Może się więc okazać, że zamiast szacowanego wcześniej miesiąca na wykonanie zamówienia pozostanie parę dni. Po stronie zamawiającego – bo gdy postępowanie będzie się tak przeciągało, że wykonawcy pozostanie mniej czasu niż wymaga tego realizacja zamówienia, albo wręcz podpisanie umowy miałoby przypaść po tym terminie… cóż, mielibyśmy umowę o świadczenie niemożliwe (art. 387 § 1 kodeksu cywilnego, a wraz z nim – w naturalnej konsekwencji – art. 93 ust. 1 pkt 7 Pzp). A tymczasem zamawiającemu zależy na wykonaniu zamówienia i powtarzanie postępowania to bolesna sprawa.

Zatem faktycznie, termin oznaczony datą bywa niekiedy nieszczęśliwym pomysłem. Ale czy termin oznaczony okresem to lek na całe zło? Niekiedy innego wyjścia, jak oznaczenie terminu konkretną datą po prostu nie ma. Właściwie nie ma co komentować umów na usługi ciągłe, gdzie wartość umowy zwykle wyznacza okres realizacji zamówienia. Jeśli obecna umowa na prowadzenie obsługi bankowej kończy mi się 31 grudnia, nową będę chciał zawrzeć od 1 stycznia. Bywają też usługi „jednorazowe” gdzie taka sytuacja jest nie do ominięcia. Pominąć już można odwieczną bolączkę jednostek sektora finansów publicznych, których plan wydatków jest roczny, z końcem 31 grudnia wszelkie niewykonane wydatki w planie wygasają. Taka zatem prozaiczna konieczność zmusza często, by ten termin był wyznaczony konkretnie przed 31 grudnia (i to jeszcze dobry parę dni przed, aby po wystawieniu faktury zdążyć zapłacić). Gdy bowiem zamawiający określi termin okresem, a postępowanie się przeciągnie i okaże się, że koniec okresu wypada na następny rok… cóż, zawrzeć takiej umowy nie będzie mógł, jeśli na przyszły rok nie będzie miał środków zabezpieczonych na to zadanie. Jest co prawda instytucja wydatków niewygasających, ale czy odpowiedni organ podejmie odpowiednią uchwałę… nigdy nie wiadomo, a póki takiej uchwały nie ma, nie można takiego zobowiązania zaciągać.

Poza prozaicznym przypadkiem końca roku budżetowego bywają także i inne sytuacje, w których termin określony datą jest wskazany. Gdy organizuję maraton w dniu 17 kwietnia, na kiedy będę potrzebował stosownych koszulek czy innego wyposażenia? Na 17 kwietnia czy na tydzień/miesiąc/whatever od podpisania umowy? Nawet rozpoczynając postępowanie w styczniu, oznaczę termin konkretną datą (zapewne na parę dni przed tym 17 kwietnia), bo ostatnią rzeczą jakiej potrzebuję są koszulki z nadrukiem „Maraton’2011” dostarczone choćby i 18 kwietnia, bo wtedy wypadał miesiąc od podpisania umowy – a wbrew wszelkim oczekiwaniom zmaterializował się akurat ten minimalny ułamek procenta ryzyka związany z postępowaniem i trwało ono zamiast planowanego miesiąca – trzy.

Tak to więc z tymi terminami jest. Fakt, często termin oznaczony okresem, a nie konkretną datą, jest korzystny i bezpieczny dla obu stron. Czasami jednak tak się po prostu nie da :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.