O dowodach ze stron internetowych

Ze stronami internetowymi jest tak, że nie zawsze można wierzyć w to, co jest tam napisane. Mniej więcej tak samo jak prasie i innym mediom – czego najlepszym dowodem znany cytat z „Misia” o prawdzie czasu i prawdzie ekranu. Zdawałoby się, że oficjalne strony podmiotów – w przeciwieństwie do wytworów myśli dziennikarzy – powinny jednak dawać rękojmię wiedzy rzetelnej, przynajmniej w zakresie wiedzy o danym podmiocie. Bo przecież podmiot, który jest właścicielem strony, powinien wiedzieć co pisze. Niestety, nie zawsze tak jest. I z tego powodu Krajowa Izba Odwoławcza co do zasady odrzuca takie dowody, twierdząc, że treści na takich stronach mają charakter wyłącznie informacyjny, poglądowy, ogólny, są podawane w celach marketingowych, są anonimowe i nieweryfikowalne itd.

Dane zawarte w ofertach mogą się różnić od danych umieszczonych na stronie internetowej – na przykład z tego powodu, że wykonawca opisując dany przedmiot zamówienia odniesie się do określonych potrzeb konkretnego zamawiającego, opisanych w specyfikacji istotnych warunków zamówienia. Albo wręcz zmieni produkt pod konkretne potrzeby zamawiającego – np. wymieni w stosunku do modelu katalogowego łyżkę koparki na taką o innych parametrach, odpowiadających zamawiającemu (też seryjną, tyle że na co dzień sprzedawaną z innym modelem koparki).

Wyroków KIO o takim wydźwięku można znaleźć bez liku – wraz z powszechną dostępnością Internetu i ilością informacji, jakie w nim można znaleźć, medium to zaczyna stanowić pierwsze i podstawowe źródło poszukiwania informacji. Przykładem może być wyrok w sprawach KIO 175/14, 179/14 (z którego tezy opublikowano w Zeszytach Orzeczniczych nr 17). Problem tylko w tym, że w wyrokach takich niejednokrotnie pojawiają się bardzo ogólne stwierdzenia typu: „informacje zamieszczone w Internecie nie posiadają cech dokumentu mogącego stanowić dowód w sprawie”, które powodują, że niekiedy w przekonaniu zwykłego uczestnika systemu zamówień publicznych pojawia się przekonanie, że Internet to za mało.

A tymczasem niekiedy jest inaczej. Internet, oprócz tego, że jest miejscem (jeśli miejscem w ogóle go można nazywać), w którym każdy może się wyrazić i zareklamować, w coraz większym stopniu jest nośnikiem informacji oficjalnej, której umieszczanie tam nakazują przepisy. Odnosi się to przede wszystkim do podmiotów publicznych, które zobowiązane są do publikowania szeregu informacji. Znajdziemy tu więc uchwały organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego, budżety różnych instytucji, ogłoszenia o zamówieniu i ogłoszenia o udzieleniu zamówienia, informacje o zakresie i wartości projektów finansowanych z budżetu UE – zakres takich informacji jest coraz szerszy i chociaż są one publikowane w Internecie, to mają one rangę oficjalnych dokumentów. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, by na przykład powołać się na ogłoszenia o udzieleniu zamówienia z TED, z których wynika, że określony projekt był podzielony na kilka części, z których każdą wykonywał inny podmiot, podczas gdy wykonawca twierdzi, że wykonał go sam w całości.

Oczywiście, nawet i w przypadku stron o charakterze „urzędowym” trzeba działać ostrożnie. Najlepszym, niesławnym przykładem jest „czarna lista” wykonawców prowadzona przez Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, na którą powoływanie się okazywało się nie najlepszym pomysłem.

Nie jest też tak do końca, że w weryfikacji składanych w postępowaniu oświadczeń nie wolno sięgać po „nie-urzędowe” treści zawarte w Internecie. Niekiedy strona internetowa będzie znakomitym uzupełnieniem wątpliwości wynikających z innego dokumentu (potwierdzi niezgodność z siwz istniejącą w ofercie albo wynikającą z wyjaśnienia kogoś trzeciego) – przykład znajdziemy w wyroku KIO w sprawie KIO 1607/11. Zdarza się też odwrotnie – to analiza danych zawartych w Internecie (tych bez waloru oficjalności) może wywołać wątpliwości w stosunku do oświadczeń danego wykonawcy i ukierunkować działania na jej wyjaśnienie – np. poprzez próbowanie pozyskania informacji z innych źródeł, choćby od podmiotów trzecich. Ba, czasami strona o charakterze całkowicie marketingowym będzie sama w sobie dowodem zupełnie wystarczającym – np. tam, gdzie mowa o zastrzeżeniu jako tajemnicy przedsiębiorstwa czegoś, czym wykonawca i tak publicznie się chwali.

Informacje, które można znaleźć w Internecie nie są więc całkiem bezużyteczne w postępowaniu o udzielenie o zamówieniu. Wręcz przeciwnie, mogą przydać się na wiele sposobów. Byleby używać ich z głową :)

1 komentarz do: “O dowodach ze stron internetowych

  1. Pamiętam taką sprawę – duże postępowanie na roboty, przetarg ograniczony. Na etapie wniosków wykonawca z dalekiego kraju złożył wykaz robót oraz dokumenty, które miały potwierdzić ich należyte wykonanie. Wskazywał jako ukończone pewne zadania w kraju rodzimym. Zamawiający miał wątpliwości, wyjaśniał te kwestie. Zlecił w ramach czynności wyjaśniających m.in. tłumaczenie przysięgłe dokumentów z języka oryginalnego i okazało się, że wykonawca tłumacząc pominął niektóre informacje (pisane drobnym druczkiem) o tym, że niektóre prace są jeszcze w toku.

    Wątpliwości z kolei wynikały m.in. z tego, że na własnej stronie wykonawcy projekty, które były w wykazie wskazane jako zakończone jakiś czas wcześniej, figurowały w jako „ONGOING”.

    Odwołania od wykluczenia nie było, decyzja się uprawomocniła. Czyli dzięki internetowi – trafiony, zatopiony. Przywołuję to dla zilustrowania tego, że internet może być przydatnym źródłem informacji w postępowaniu, choć z oczywistych przyczyn trzeba traktować go ostrożnie i weryfikować informacje w różnych źródłach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.