Alternatywa dla siłowni

Ostatnio miałem przyjemność wizyty w pewnej centralnej instytucji, co prawda bezpośrednio z zamówieniami nie związanej, aczkolwiek niekiedy postępowania o udzielenie zamówień kontrolującej. Ogromnie zbudowała mnie wypowiedź jej przedstawiciela podczas dyskusji na temat potencjalnej kontroli zamówień: jeśli będą chcieli kontrolować, poproszą o kompletną dokumentację postępowania, jednakże będzie im niezmiernie miło gdy dostaną ją nie w wersji papierowej, ale skanów.

Tymczasem w codziennym życiu zamówieniowca (czy to po stronie wykonawcy, czy to po stronie zamawiacza) papiery przytłaczają. Wniosek o dopuszczenie? Na papierze. Oferta? Na papierze. Kontrola uprzednia? Kopia dokumentacji na papierze. KIO? Nie dość, że kopia dokumentacji na papierze, to jeszcze oryginały przywieźć i pokazać. Problem przytłaczania rzecz jasna narasta wraz ze skalą zamówień. Im więcej zamówień – tym więcej drobnych, ale niezmiernie licznych papierów. Im większe zamówienie – tym większe te papiery. Wniosek o dopuszczenie do udziału w postępowaniu od przyzwoitego międzynarodowego konsorcjum w dużym przetargu może liczyć kilkaset czy nawet kilka tysięcy stron (parę dobrych segregatorów). A wniosków zwykle jest więcej niż jeden… Gdy przychodzi do ich kopiowania (czy to przez zamawiacza na potrzeby KIO czy UZP, czy to przez wykonawcę na potrzebę wyszukania byków w papierach konkurencji) – głowa boli od samego myślenia o tym, nie mówiąc o rękach/kręgosłupie od realizacji w praktyce. Nie wspominając o zmarnowanym czasie…

Myślę sobie zatem o tym, jak wygląda podróż do KIO z kilkoma walizkami czy jak się wyrobić w trzy dni ze skopiowaniem kilku tysięcy kartek papieru, których często nie da się wrzucić do maszyny samej sobie kartki przekładającej (tu spinacz, tam przekładka, a to, co zbindowane, to nawet i po rozbindowaniu zatka machinę), patrzę na świeżo wstawioną do pokoju szafę, momentalnie w 1/8 zajętą samymi wnioskami o dopuszczenie w tylko jednym postępowaniu, i nie dochodzę do żadnych sensownych wniosków, które mogłyby ten proceder usprawiedliwić.

Czy życie nie byłoby prostsze, gdyby wykonawca nagrał skany dokumentów na potwierdzenie warunków na płytce? Wykonawcy mieliby mniej roboty i łatwiejsze życie (w roli składającego ofertę odpada drukowanie i podpisywanie własną krwią, szczególnie przy pomysłach zamawiających, aby „każda zapisana strona” była zaparafowana, jakby to w czymkolwiek miało pomóc; w roli chcącego obejrzeć papiery konkurencji odpada jeżdżenie i fotografowanie itd.), Zamawiający mieliby mniej roboty, łatwiejsze życie i mniej szaf w pokojach (kupa papierów mniej do skanowania czy kserowania, kupa papierów mniej do przewożenia do KIO, kupa papierów mniej do opisywania – znowuż – na każdej stronie za zgodność z oryginałem, kupa papierów mniej do przechowywania). Dla przywiązanych do starej formy: ależ proszę bardzo, na płycie (jeśli w ogóle trzymamy się płyt, a nie przekazujemy tego w nieco bardziej nowoczesny sposób, ale to i tak w zamówieniach postęp byłby niesłychany) można markerem napisać „za zgodność z oryginałem” i się podpisać. Raz, a nie parę tysięcy razy.

Oczywiście, mniej zarobiliby serwisanci od kopiarek i drukarek, dostawcy tonerów, firmy kurierskie, drwale i tartaki… Gdy spojrzeć na to z tej strony to fakt – kumulowanie tych papierów w jakiś sposób napędza gospodarkę, i na dodatek służy rozwojowi tężyzny fizycznej biedaków spędzających całe dnie za biurkami… Ja jednak cieszę się, że przynajmniej w Adgar Plaza jest winda ;) Ucieszę się zdecydowanie bardziej, gdy tony papierów pewnego dnia znikną z mojego biurka…

Ps. Notkę niniejszą dedykuję towarzyszom zamówieniowej niedoli, którzy dostali wielką kupę wielkich wniosków o dopuszczenie do udziału w postępowaniu, w którym już w pierwszym z nich znaleźli potężne tomiszcze dokumentów, które wykonawca podpisał, ale zapomniał o formułce „za zgodność z oryginałem” ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.