O potrzebie implementacji

Dziś nie będzie nazbyt odkrywczo. Przeciwnie, tekst dotyczyć będzie tematu, który raczej powszechnie siedzi obecnie w głowach ludzi od zamówień. Dowodem choćby pytanie, jakie zadano w komentarzu do poprzedniego tekstu – zresztą, pytanie, na które nie znam odpowiedzi, choć też bym chciał ją znać :) Na domiar złego wypadnie mi się zgodzić z powszechnym chyba stanowiskiem w tej sprawie (na przykład ostatnio liczne głosy w ożywionej dyskusja na portalu LinkedIn w grupie dwumiesięcznika „Zamawiający”).

Parę dni temu, 26 lutego, minął dokładnie rok od przyjęcia nowych dyrektyw zamówieniowych. Oznacza to, że został nam już tylko nieco ponad rok, aby ich zapisy, na wielu polach dość istotnie zmieniające dotychczasowe podejście do zamówień, uwzględnić w polskim systemie prawnym. Minęła zatem właśnie połowa (no, niemal połowa, ale tych parę tygodni niewiele zmienia) z czasu, jaki europejski prawodawca dał nam na przygotowanie i wdrożenie nowych rozwiązań uwzględniających te przepisy.

Cóż, dwa lata mogą się wydawać długim okresem, ale w przypadku polskiej legislacji i przy konieczności tak szeroko zakrojonych zmian – to naprawdę niewiele. Ba, za kilka miesięcy zakończy się (co nie było nieprzewidywalne) aktualna kadencja obu izb naszego parlamentu, nastąpi przerwa, jesienią zbierze się nowy sejm i senat. Nie trzeba chyba pisać, co to oznacza dla procesu legislacyjnego, nie tylko z organizacyjnego, ale i politycznego punktu widzenia (najbardziej decyzyjne głowy zajęte będą przez jakiś czas głównie wyborami, stołkami, koalicjami i takimi tam, a nie jakimiś nieistotnymi pierdołami jak zamówienia). Rok temu można było zakładać tylko jeden sensowny harmonogram działań – przygotowanie projektu przepisów w takim terminie, by mogły być uchwalone najdalej na początku tego lata. I zachowanie racjonalnego vacatio legis, zasadnego przy takim zakresie zmian.

Problem w tym, że to wymagało zabrania się do poważnej roboty już rok temu (jak nie wcześniej – wszak projekt dyrektywy znany był dużo wcześniej). Tymczasem ten rok minął, a nie wygląda na to, byśmy znacząco przybliżyli się do zrealizowania zadania… Zamiast projektu ustawy UZP wyprodukowało dotąd „Informację o koncepcji wdrożenia przepisów dyrektyw z zakresu zamówień publicznych” (datowaną na 17 grudnia 2014 r.). A zatem niemal połowę czasu, jaki otrzymaliśmy, pracowaliśmy nad 32-stronicowym dokumentem, siłą rzeczy natury ogólnej. Na dodatek dokumentem, który podlega w tym momencie dalszym konsultacjom. Jasne, to ważne, aby wiedzieć dokąd się zmierza. Jasne też, że bez takiej wizji trudno pracować nad szczegółami. Co więcej, większość proponowanych tam rozwiązań jest sensownych. Problem tylko w tym, że to wszystko za późno. Ta koncepcja powinna pojawić się wiosną ubiegłego roku, a nie na jego koniec.

Obawiam się, że jesteśmy skazani na pisane na kolanie przepisy, w pośpiechu przepychane przez parlament. I jedno, i drugie zaowocować może rozwiązaniami niedopracowanymi czy po prostu błędnymi. Brakiem rzetelnej dyskusji środowiska nad projektem (bo czasu na nią będzie bardzo mało). Na dodatek także zapewne żałośnie krótkim okresem vacatio legis i – jak to ostatnio bywa – publikowaniem w ostatniej chwili (albo i po terminie) aktów wykonawczych. Obym był czarnowidzem…

Zwykłego uczestnika rynku zamówieniowego nie interesują powody tego stanu. Nic w UZP przez ten miniony rok nie powinno być ważniejsze od tego zadania. I powinien mieć tu znaczenia stan zawieszenia i niepewności w tym organie związany z brakiem Prezesa (swoją drogą – tak długi i w tak istotnym dla zamówień momencie także skandaliczny).

Swoją drogą, pojawia się wiele publikacji, których autorzy, nie mogąc rozmawiać o konkretach (bo tych brak), próbują wskazać drogę, którą ustawodawca powinien pójść. Omawiając zasady czy wskazując główne bolączki obecnego systemu. Daleko nie szukając, prof. Szostak w PZP 3/2014, czy wiele tekstów w ostatnim numerze „Doradcy”. Do takich głosów należy „Biała księga zamówień publicznych” opublikowana w styczniu przez Ministra Gospodarki. Zbiór rekomendacji dla twórców nowych przepisów, raczej chaotyczny i niespójny, choć wiele wskazówek jest sensownych. Wszelki chaos i niespójność wybaczam jednak autorom tego opracowania w zamian za podniesienie postulatu wyłączenia stosowania przepisów kc. w zakresie gwarancji zapłaty w przypadku zamówień publicznych, o czym niejednokrotnie pisałem. Wybaczam nawet oczywiste absurdy (jak niezrozumiały postulat „wprowadzenia regulacji dot. zwrotu ofert w przypadku gdy wykonawca wycofał się z postępowania” – czyżbyśmy związanie ofertą miało się obrócić w niwecz?).

Swoją drogą, jedna z rekomendacji zawartych w tym dokumencie rozbawiła mnie niezmiernie. Choć postulat sam w sobie zabawny nie jest, przeciwnie – jest absolutnie poważny i można go określić fundamentalnym. Chodzi bowiem o postulat, aby prawidłowo zaimplementować nową dyrektywę… Cóż, problem w tym, że wielokrotnie już ogłaszano, że dotychczasową dyrektywę mamy całkowicie skonsumowaną w polskich przepisach, a potem okazywało się, że jednak tak nie jest. Biorąc pod uwagę to, jak mało czasu zostaje na ujęcie nowych dyrektyw w polskich przepisach – nie ma co spodziewać się, że będzie lepiej niż dotychczas… :)

2 komentarze do: “O potrzebie implementacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.