O dyrektywach i przetargu na śmieci

Prawie trzy lata temu pisałem w „szponach” o tym, w jak beznadziejny sposób unormowano w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach kwestie dotyczące procesu udzielania zamówień na budowę, utrzymanie i eksploatację regionalnych instalacji do przetwarzania odpadów komunalnych oraz na odbieranie odpadów od właścicieli nieruchomości, względnie na ich odbieranie i zagospodarowanie. Problemów w tym zakresie zdaje się ani ubyło, ani przybyło (chociaż czas, jaki minął, zapewne pozwolił na pojawienie się pewnych praktyk w tym zakresie, zapełniających ustawowe dziury). Dziś o problemie nieco innym (choć już wówczas hasłowo wskazanym).

Chodzi mianowicie o podstawowy kwestię związaną z narzuceniem obowiązku przeprowadzenia „przetargu” w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Od samego początku pojawiły się pewne głosy, że unormowanie takie jest niezgodne z dyrektywami unijnymi i orzecznictwem ETS. Bo z nich wynika możliwość udzielania pewnych zamówień poza reżimem dyrektywy, bez stosowania procedur, o ile spełnione są odpowiednie przesłanki. Zamówienia takie nazywane są zamówieniami „in house” i zasadniczo dotyczą sytuacji, w której wykonawcą jest podmiot, nad którym zamawiający sprawuje kontrolę, a zakres jego działalności podporządkowany jest celom właśnie zamawiającego (to oczywiście skrót, zamówienia „in house” w ogóle to inny temat, który zresztą czeka w kolejce). Argumentację taką powtarzano najczęściej za prezydentem Inowrocławia, który w tym zakresie i z tego powodu zaskarżył ustawę do Trybunału Konstytucyjnego – twierdząc, że skoro w na gruncie europejskim dopuszczono możliwość zlecania zamówień „in house”, również i polskie prawo powinno taką możliwość przewidywać.

TK orzekł (postanowieniem z 26 lutego 2014 r. w sprawie K 52/12), że taki tok rozumowania jest błędny. Jeśli regulacje unijne pozwalają na to, by ich nie stosować w określonych przypadkach, to nie oznacza z automatu, że kraje członkowskie mają obowiązek dokonywać podobnych zwolnień i nie mają prawa ustanowić z własnej inicjatywy określonych (nawet bardziej rygorystycznych) procedur w tym zakresie.

Skarżący jednak ogłosili sukces (np. tu albo tu). Stwierdzili, że Trybunał oceniał stan sprawy w oparciu o dyrektywę 2004/18/WE i orzecznictwo do niej się odnoszące, a tymczasem przecież chwilkę przed wydaniem orzeczenia uchwalono nową dyrektywę, 2014/24/UE, a tam wyraźnie napisano w art. 12 że takie zamówienia nie są objęte przepisami dyrektywy. Prezydent Inowrocławia zaapelował o jak najszybsze dostosowanie przepisów prawa polskiego do nowej dyrektywy (co zresztą napotkało na natychmiastową reakcję środowiska biznesowego (np. tu).

Problem w tym, że chociaż w nowej dyrektywie pojawił się wyraźny przepis, który stanowi, że zamówienia „in house” są zwolnione z dyrektywy, to w praktyce nowa dyrektywa ogólnej zasady nie zmieniła. Dotąd z orzecznictwa ETS wynikało, że dyrektywy do takich zamówień stosować nie trzeba, i z tegorocznej dyrektywy wynika dokładnie to samo. Dotąd nie było obowiązku niestosowania żadnych przepisów do tych zamówień i obecnie takiego obowiązku nieustanawiania żadnych regulacji również nie ma. Parę dni temu trafiłem na tekst w lipcowym „Przeglądzie komunalnym”, w którym Agnieszka Dylong i Jędrzej Klatka dość szczegółowo problem opisywali. Doszli do wniosku – jakże słusznego – że ustawodawca krajowy ma prawo ustanowić własne regulacje w tym zakresie (a zatem i odesłać do normalnego stosowania Pzp). Nie wiem tylko dlaczego okrasili wniosek sformułowaniem „wydaje się, że” :)

Czy możemy zatem oczekiwać zmiany w tym zakresie? Cóż, może tak, a może nie. Wszystko zależy od argumentów stron, lobbingu i innych praktyk stosowanych w procesie legislacyjnym. Gdyby jednak nic się nie zmieniło, kolejna skarga na niezgodność przepisów z nową tym razem dyrektywą odniesie skutek równie negatywny jak wcześniejszy wniosek prezydenta Inowrocławia. To jest nasza, własna, polska sprawa, czy skorzystamy z dobrodziejstwa wynikającego z dyrektywy poprzez uchylenie wszelkich reguł, czy też skorzystamy z niego wprowadzając (a raczej utrzymując) określone procedury.

A inna sprawa to to, czy te reguły i procedury mają sens.

Ps. A przy okazji: Wojciech Hartung niedawno na ten sam temat, co spostrzegłem już po publikacji.

1 komentarz do: “O dyrektywach i przetargu na śmieci

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.