O poszukiwaniu siwz

Prowadząc szybkie „badanie” na temat form komunikacji, jakie dopuszczają zamawiający, wykorzystane w tekście opublikowanym w „szponach” dwa tygodnie temu miałem okazję przeanalizować nieco bardziej szczegółowo inne zjawisko, już od dawna zresztą czekające na opisanie w szponowej kolejce. Bowiem aby dotrzeć do informacji o dopuszczalnych formach porozumiewania się, musiałem odnaleźć specyfikacje istotnych warunków zamówienia. A dotarcie do tego dokumentu bywa niekiedy prawdziwą ścieżką zdrowia.

Zacznijmy od tego, jak być powinno. Swoje badanie prowadziłem na próbce zaczerpniętej z ogłoszeń o zamówieniu publikowanych w Biuletynie Zamówień Publicznych. Biuletyn ten posiada pewną cenną funkcjonalność: w sekcji IV.4.1 ogłoszenia o zamówieniu formularz nakazuje podać „adres strony internetowej, na której jest dostępna specyfikacja istotnych warunków zamówienia”. Podany tam link wyświetla się potem w ładnym czerwonym kolorze ponad ogłoszeniem, tak, aby ułatwić wykonawcom dotarcie do materiałów źródłowych. Sensem takiego postępowania powinna być możliwość podania możliwie dokładnego adresu www – linka, który automatycznie zaprowadzi go we właściwe miejsce. Zaoszczędzi mu czasu i kłopotu.

Tymczasem spośród mojej próbki 23 zamawiających tylko jeden wykonał to tak, że wystarczy jedno kliknięcie, prowadzące bezpośrednio do podstrony dotyczącej tego konkretnego przetargu. Oczywiście, z tym bywa czasami kłopot – ogłoszenie i siwz na stronie www mogą być opublikowane po ogłoszeniu w BZP, jednak w dzisiejszych czasach zwykle da się ustalić adres, jaki będzie miała nieopublikowana jeszcze, ale już przygotowana podstrona. Umówmy się jednak, że wymaga to pewnych wiadomości technicznych, które nie są powszechne, za całkiem akceptowalne uważam więc podanie linku do strony z przetargami, na której to ścieżce od ogłoszenia w BZP do gromady linków do dokumentacji w konkretnym postępowaniu dzielą wykonawcę tylko dwa nieskomplikowane kliknięcia. Takich przypadków znalazłem tylko trzy. Jeden więcej, w którym konieczne było dodatkowe kliknięcie (wybór roku, w którym ogłoszono przetarg), na szczęście dość oczywiste. W sumie zatem, spośród 23 zamawiających, pięciu zrobiło to w porządku. A reszta?

Króluje wskazywanie strony głównej zamawiającego lub strony głównej BIP (moim faworytem jest link prowadzący do intro we flashu). Pół biedy jeśli tam w widocznym na pierwszy rzut oka miejscu widać link do „przetargów” lub „zamówień publicznych”. Pół biedy jeśli ścieżka jest prosta i intuicyjna. Ale tak jest rzadko. Jeśli linki do „przetargów” lub „zamówień publicznych” są na tej stronie, często są tak nisko, że wymagają przewinięcia ekranu w dół i poszukiwania pośród długich list (czasami dość daleko – w jednym wypadku zresztą link był nie do znalezienia przez ctrl+f, albowiem był wyłącznie obrazkowy…). A gdy ich nie ma… bądź tu wykonawco mądry i zgadnij, że tu masz kliknąć w „aktualności”, tam w „ogłoszenia”, a jeszcze gdzie indziej w „urząd gminy”. Zamiast dwóch sekund, odnalezienie specyfikacji zajmie czasem parę minut. A przecież przeciętny wykonawca musi przejrzeć setki takich dokumentów. Z tych paru minut co chwila powtarzanych robi się wielka strata czasu w ogóle. Ba, potrafię sobie wyobrazić, że w pewnych przypadkach wykonawca po prostu porzuca poszukiwania w takiej sytuacji.

Poza wyżej wymienionymi rozmaite grzechy zamawiających stwierdzone podczas badania to umieszczanie ogłoszeń od najstarszych do najnowszych, zamiast odwrotnie – do najnowszych trzeba się przekopywać gdzieś przez kilka ekranów (cóż, niezbyt to racjonalne, wszak największe zainteresowanie wzbudzają te najbardziej aktualne, na górze strony powinny znajdować się zatem najnowsze) oraz niepotrzebne kolejne etapy już po odnalezieniu strony głównej zamówień – albo trzeba wybrać – nie wiedzieć po co – kategorię przetargu (czasami nie jest to oczywiste), albo rok ogłoszenia, albo jedno i drugie (szczerze mówiąc, jeśli zamówień jest zbyt wiele, prościej podzielić je na aktualne i archiwalne, a te ostatnie mogą się dzielić skolko ugodno). Szczególnie dziwny przypadek to konieczność skorzystania z wyszukiwarki (nie było wykazu przetargów, tylko wyszukiwarka), co było wyjątkowo upierdliwe.

Wielkim grzechem bywa podawanie we wspomnianym miejscu ogłoszenia linku, który nie jest aktywny. Czasami poprzez dodatkowe porady (typu adres uzupełniony komentarzem „kliknij w zakładkę zamówienia”), w efekcie czego adres trzeba ręcznie kopiować i wklejać do wyszukiwarki (pół biedy jeśli komentarz był prawidłowy – w jednym wypadku napotkałem taką wskazówkę, ale na stronie zakładki nie było :)). Raz zdarzyła się niepotrzebna kropka na końcu adresu (niby drobiazg, ale czyni link nieklikalnym). Raz było niepotrzebne www przed adresem (i domyśl się robaczku, że to o to chodzi; a droga na około – przez stronę główną – była akurat drogą przez mękę).

Summa summarum – czasami najprostsza ścieżka od adresu podanego w ogłoszeniu wymaga nawet sześciu kliknięć. Na dodatek nie zawsze oczywistych, i aby na nią wpaść trzeba naklikać się na stronie znacznie więcej.

Dwa zaś najciekawsze kwiatki w tych 23 przypadkach to sytuacje, w których siwz – mimo wszelkich wysiłków – odnaleźć się nie dało. Ale to już problem nie wadliwego wypełniania ogłoszenia, ale zwykłego naruszenia ustawy :)

Ps. Historię możnaby ciągnąć. Na przykład nie należą do rzadkości sytuacje, gdy informacje dotyczące jednego przetargu (zmiany siwz, odpowiedzi na pytania, informacje o wyborze) nie są zbierane w jednym miejscu (na jednej podstronie, czy w jakimś ewidentnie wydzielonym sektorze podstrony przetargowej), ale publikowane odrębnie, czasami nawet w różnych miejscach strony www…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.