O ocenie zdolności kredytowej i kredycie odnawialnym

Kilka tygodni temu miałem przyjemność uczestnictwa w konferencji o tytule: „Dyscyplina finansów publicznych. Narzędzie prawidłowej gospodarki sektora publicznego”, zorganizowanej przez kilka krakowskich instytucji (w tym UJ i RIO). Moje uczestnictwo ograniczyło się do dnia ostatniego, kiedy to zaplanowano blok tematyczny na temat zamówień publicznych. Kilka ciekawych wystąpień poświęcono kwestiom warunków udziału w postępowaniu – szczególnie interesujących zważywszy na fakt, iż były prezentowane przez przedstawicieli KIO i UZP. W czasie dyskusji dr Izabela Rzepkowska wskazała, że zdaniem Prezesa UZP przedstawienie w przetargu opinii bankowej poświadczającej dostęp do linii kredytowej, z której jednak część jest wykorzystana pozwala na uznanie zdolności kredytowej wyłącznie w niewykorzystanym zakresie.

Skłoniło mnie to do sięgnięcia po ten temat, spoczywający na liście oczekujących już od początku istnienia szponów (swoją drogą, licznik wskazuje, iż niniejszy tekst jest równo dwusetnym opublikowanym w szponach). Zabieram głos jednak nie po to, by polemizować z przywołanym powyżej stwierdzeniem. Zgadzam się z nim w całej rozciągłości – wykonawca w momencie wystawienia odpowiedniej opinii powinien mieć szansę dostępu do określonych środków, jeśli zaś kredyt odnawialny czy linia kredytowa są częściowo wykorzystane na inne przedsięwzięcia, warunkiem dostępu jest wcześniejsza spłata zobowiązań. To zresztą obrazuje odwieczny problem z użytym w rozporządzeniu o dokumentach terminem „zdolności kredytowej” – zgodnie z art. 70 ust. 1 Prawa bankowego stanowi ona zdolność do spłaty zaciągniętego kredytu i generalnie rzecz biorąc banki badają ją zawsze w odniesieniu do konkretnego zobowiązania. Zapisy dyrektywy zamówieniowej (art. 47 ust. 1 lit. a dyrektywy 2004/18/WE) wspominają tylko ogólnie o „odpowiednich oświadczeniach banków” nie wchodząc w tak niepotrzebne szczegóły, a tym samym – jak się zdaje – pozostawiając nieco większe pole manewru w kształtowaniu warunków finansowych niż polskie przepisy.

Zdolność kredytowa rozumiana w powyższy sposób oznacza – w przypadku przyznania kredytu odnawialnego – zdolność do spłaty takiego kredytu w jego wysokości nominalnej. Jeśli jednak wykonawca ma ten kredyt w całości lub części wykorzystany, nie ma dostępu do niego w pełnej wysokości. Ów dostęp powinien być tu kluczowy. Jaka jest jednak różnica pomiędzy wskazaniem przez bank wielkości kredytu odnawialnego i stopnia jego wykorzystania z zaświadczeniami banku mówiącymi o tym, że bank widzi możliwość udzielenia mu kredytu w określonej kwocie pod warunkiem… i tu standardowe formułki odnoszące się do ustanowienia zabezpieczeń lub spełnienia wymogów regulaminu udzielania kredytów? Cóż, różnica polega na tym, że w pierwszym wypadku wykonawca udowodnił bankowi, że zdolność kredytową posiada i bank kredyt mu przyznał, ale wykonawca ten kredyt już „zjadł”. W drugim wypadku bank szacuje, że wykonawca ma szansę na taki kredyt. Nie robi tego na podstawie wróżenia z fusów lub szklanej kuli, ale na podstawie posiadanych przez siebie informacji o kondycji finansowej wykonawcy. Biorąc jednak fakt, że nie jest to konkretna promesa (na to rozporządzenie nie pozwala), również i mowa o ocenie zdolności finansowej w takim wypadku jest nieco na wyrost (wszak nie ma żadnego konkretnego zobowiązania, do którego bank mógłby się odnieść, warunków spłaty etc.). Słowem, takie ogólne zaświadczenie w zamówieniach choć nie jest ideałem, jest czymś „lepszym” od zaświadczenia konkretnego (o przyznanym kredycie), jeśli część tego konkretu się zużyła.

Mimo wszystko jednak obracamy się w sferze rozmaitych domniemań. Oprócz powyższych przypadków możemy spotkać zaświadczenia bankowe o innej treści. Np., że wykonawca posiada kredyt odnawialny w określonej wysokości. Bez wskazania poziomu wykorzystania. I co wówczas? Uznać, że zdolność kredytowa równa się wartości kredytu odnawialnego czy temat drążyć? Cóż, uważałbym, że trzeba temat drążyć (wezwać do uzupełnienia takiego dokumentu), choć trzeba pamiętać, że przyznanie kredytu odnawialnego oznacza ocenę zdolności kredytowej :) Możemy też spotkać zaświadczenia ze stwierdzeniem, iż zdolność kredytowa wykonawcy wynosi x. I kropka. Co bank rozumiem przez tę zdolność kredytową, zamawiający może tylko gdybać (może rozumieć np. wysokość przyznanego obecnie kredytu odnawialnego, wszak przecież tam tę zdolność go zbadał), ale podstaw do kwestionowania nie ma.

Kluczowy problem, którego w obecnym stanie prawnym nigdy nie rozwiążemy to fakt, że opinia o zdolności kredytowej wcale nie musi odnosić się do konkretnego przedsięwzięcia (i rzadko kiedy się odnosi). Tę samą opinię wykonawca może wykorzystywać w dziesiątkach przetargów. Ba, może zdolność kredytową z opinii wcześniej wykorzystać, zaciągając kredyt na inny cel (np. na inne zamówienie). Ocena zdolności więc jest bardzo iluzoryczna. I tu nawet ocena faktycznie dostępnych środków w ramach linii kredytowej w niczym nie pomoże.

Może warto rozważyć pewne zmiany, może warto odejść od sztywnego modelu przewidzianego w rozporządzeniu. Gdy zdarzało mi się prowadzić postępowania na koncesje na roboty budowlane – gdzie człowiek nie jest związany rozporządzeniem o dokumentach i katalogiem papierków w nim wymienionych – zdarzało mi się żądać nie ogólnych zaświadczeń o zdolności kredytowej lub posiadanych środkach na kwotę X, ale zaświadczeń o zdolności kredytowej na kwotę X na sfinansowanie określonego przedsięwzięcia. Tak, aby bank oceniając finanse wykonawcy nie bujał w obłokach abstrakcji, ale by oddzielił to zapotrzebowanie finansowe od innych, faktycznych i potencjalnych. Choć to wciąż nie jest ideał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.