O przygotowywaniu rynku do nowej ustawy

Miało być dzisiaj o pewnym absurdzie w obecnej ustawie Pzp, po którym za kilka miesięcy słuch zaginie. Ten temat przesunie się jednak na kolejny poniedziałek, a dziś będzie o czasie, w którym tego absurdu się pozbędziemy – czyli o terminie wejścia w życie nowej Pzp, a właściwie o naszym przygotowaniu do tego wydarzenia. A inspiracją był tekst Sławomira Wikariaka z „Gazety Prawnej” z 13 października o postulowanym przez Związek Powiatów Polskich przesunięciu wejścia w życie ustawy i przekazane w nim głosy rządowych organów tłumaczących utrzymanie terminu 1 stycznia 2021.

Przedstawiciele zarówno Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, jak i Urzędu Zamówień Publicznych, wypowiedzieli się, że przesunięcie jest niekonieczne. Oficjalnie tylko jedna organizacja taki postulat wysłała, a to mało. Ministerstwo uważa, że rozwiązania z nowej ustawy są korzystne dla przedsiębiorców i dlatego trzeba je wprowadzić jak najszybciej. Urząd „wsłuchuje się w głosy płynące z rynku”, ale „nie widzi takiej potrzeby”. I chwali się swoimi osiągnięciami na polu przygotowywania zamawiających: konferencjami, w których uczestniczyło 1300 osób, prezentacjami z tych konferencji na stronie www, przygotowywanym komentarzem i 20 planowanymi lokalnymi wydarzeniami, do których jednak nie doszło (trzymajcie mnie).
Czytaj dalej

O wybieraniu agencji ratingowej

Agencja ratingowa to taka instytucja (a w zasadzie firma, jak każda inna), która bada stan finansów instytucji, przedsiębiorstw, samorządów czy krajów, a następnie wydaje swoją opinię na ten temat. Finalnym elementem opinii jest ocena, jak w szkole. I wiele innych instytucji zainteresowanych szybką oceną stanu finansów tychże podmiotów bardzo te oceny lubi. Po pierwsze dlatego, że mają mniej pracy (ktoś za nich tę pracę wykonał), a po drugie ponieważ system ocen jest prosty, łatwo jest też porównywać ze sobą oceniane instytucje.

Agencję taką założyć i prowadzić może każdy, ale tak to jest na tym rynku, że trzeba pozyskać zaufanie jego uczestników. Ocena wystawiona przez agencję, która takim zaufaniem powszechnie nie dysponuje, jest w gruncie rzeczy nic nie warta. Gdy pójdę do banku po duży kredyt i pokażę taką ocenę, nie ułatwi to wcale bankowi życia. Bo nie ufają, albo nie znają… Tak czy owak skończy się na tym, że do niczego ten papierek mi się nie przyda. Przydałby się, gdyby wystawiła go agencja na rynku szanowana i uznawana za wiarygodną. A agencji, do których cały świat ma zaufanie, na świecie mamy trzy: Fitch, Moody’s i Standard & Poor’s. Kontrolują ponad 90% rynku i jeśli ktoś chce na rynku międzynarodowym działać, musi mieć ocenę jednej z nich (a niektórzy mają nawet wszystkich trzech).
Czytaj dalej

O pisemności

Jedną z tych zmian w stosunku do obecnej ustawy Pzp, które podobają mi się w nowej ustawie Pzp, jest zmiana definicji pisemności. Obecna ustawa Pzp pisemności nie definiuje. Odsyła użytkownika przepisów do kodeksu cywilnego, który stanowi, że pisemne to własnoręcznie podpisane (względnie – podpisane kwalifikowanym podpisem elektronicznym). Tymczasem obowiązująca nam od dobrych paru lat dyrektywa 2014/24/UE (i jej pokrewne) pisemność rozumiały inaczej – ważne jest to, że da się odczytać, powielić i przekazać. A zatem gdyby porównywać to z naszym kodeksem cywilnym, mieściłaby się w tym nie tylko forma pisemna, ale i dokumentowa. Czyli nie jest potrzebny odręczny lub kwalifikowany podpis, liczy się tylko, by wiedzieć czyje to oświadczenie i by dało się utrwalić/przekazać.

Oczywiście, nasz ustawodawca miał prawo stawiać takie wymagania, a w praktyce pisemność w kodeksowym tego słowa znaczeniu dzieli ustawę z formami bardziej liberalnymi (czyli pisemnymi w rozumieniu dyrektywy, ale dokumentowymi w rozumieniu kodeksu cywilnego). Czyli na przykład wniosek o dopuszczenie do udziału w postępowaniu lub ofertę należy złożyć podpisaną odręcznie lub elektronicznie, ale wyjaśnienie tejże oferty może być złożone bez takiego podpisu, choćby i zwykłym mailem. I taki proces postępował – przed epoką poczty elektronicznej przywiązanie do odręcznego podpisu było znacznie większe. Dzisiaj postrzegamy takie wymogi jako praktyczną barierę, która spowalnia obrót: mogę podjąć decyzję błyskawicznie, ale ponieważ musi być utrwalona na własnoręcznie podpisanym papierze, jego przekazanie trwa znacznie dłużej. Ba, nie mam pewności, kiedy dojdzie do adresata – może się okazać, że po wyznaczonym terminie. Podpis kwalifikowany ten problem eliminuje, ale po pierwsze sam też jest w jakimś stopniu problemem (mniejszym problemem jest koszt, większym – mam wrażenie – gotowość i umiejętność jego używania), a po drugie, wciąż nie wszędzie „przejdzie”, bo nie wszystkie postępowania są elektroniczne.
Czytaj dalej

O ustawie okołokoronawirusowej

W postscriptum do poprzedniego wpisu było o tym, że o wprowadzanych ostatnio przepisach nie chce się pisać. I nie chodziło o to, że przepisy są aż tak schrzanione (choć pomysł z towarami i usługami był zaiste oryginalny, ale nie ma co się nad nim specjalnie pastwić, bo autor zapewne działał w pośpiechu i po prostu terminologię zaczerpnął nie z tej ustawy co trzeba), ale o to, że wszystko dookoła kręci się wokół jednego tematu i człowiek naprawdę go ma trochę dość.

No, ale wypada. Miejmy nadzieję, że pierwszy i ostatni raz. I na dodatek pewnie niezbyt oryginalny. Od środy obowiązuje nam nowa, poprawiona wersja ustawy okołokoronawirusowej. W sprawach zamówieniowych pojawiło się tam nie tylko zwolnienie ze stosowania ustawy (poprawione w zakresie nieszczęsnych towarów), ale i wytyczne co do zmieniania umów, naliczania kar i odszkodowań, a wreszcie niedochodzenia odpowiedzialności z tytułu naruszenia dyscypliny finansów publicznych i karnej.
Czytaj dalej

O (nie)ważnym podpisie elektronicznym

Trafił do mnie niedawno problem, z którym pewnie spotyka się wielu zamawiających – chodziło o elektroniczną kopię pełnomocnictwa, poświadczoną za zgodność z oryginałem oczywiście elektronicznie przez notariusza. Kłopot był w tym, że w chwili składania podpisu przez notariusza certyfikat był ważny, ale w chwili sprawdzania podpisu przez zamawiającego już nie. A na dodatek w sieci można znaleźć zajawkę artykułu, w którym padło stwierdzenie: „Certyfikat musi być zatem ważny i w momencie składania, i w chwili weryfikacji bezpiecznego podpisu elektronicznego, którym został opatrzony dokument elektroniczny.”

Hmm, do artykułu odnosić się nie powinienem, bo ani nie jestem specjalistą z pogranicza IT i prawa (z drugiej strony, zamówienia powoli stają się taką dziedziną), ani nie mam dostępu do całej treści tego artykułu. Jednak warto zwrócić uwagę, że tekst pochodzi sprzed ponad 10 lat, gdy mieliśmy jeszcze ustawą o podpisie elektronicznym, uchyloną przed 3 laty. Teraz mamy ustawę o usługach zaufania i identyfikacji elektronicznej, której art. 18 ust. 1 stanowi po prostu: „Podpis elektroniczny lub pieczęć elektroniczna weryfikowane za pomocą certyfikatu wywołują skutki prawne, jeżeli zostały złożone w okresie ważności tego certyfikatu.” I tyle, ani słowa o ustaniu tych skutków prawnych. Inna sprawa, że we wspomnianej wcześniejszej ustawie o podpisie elektronicznym mieliśmy bardzo podobny co do treści zapis (art. 5 ust. 1), więc cytowanemu zdaniu trochę się dziwię.
Czytaj dalej

O 25 latach

10 czerwca 1994 r. uchwalona została ustawa o zamówieniach publicznych. Weszła w życie później, stopniowo, dla części podmiotów od początku 1995, dla innych od początku 1996, ale mimo wszystko jest to data symboliczna. A dziś mija od niej dokładnie 25 lat, z których zdecydowaną większość spędziłem zajmując się zamówieniami publicznymi. Jasne, zamówienia dzisiejsze są inne od tych, o których myśleli twórcy tamtej ustawy, ale „kręgosłup” pozostał – zasady, którymi się kierujemy, podstawowe rodzaje trybów… Nie sposób nie podziwiać twórców ustawy, którzy w tym zakresie wymyślili coś ponadczasowego.

Niestety, gdy wejdziemy w szczegóły, to trudno będzie znaleźć taki, który nie został wywrócony do góry nogami. Poszliśmy w kierunku kazuistyki, objętość przepisów wzrosła kilkakrotnie, niestety coraz mniej jest w nich elementów, w których można działać elastycznie, kierując się zdrowym rozsądkiem i wyczuciem zasad. Coraz bardziej potrzebni są specjaliści od ustawy, jakkolwiek by to nie brzmiało. Z jednej strony mówimy o tym, że należy wdrażać przy udzielaniu zamówień dobre praktyki zakupowe, z drugiej coraz bardziej zamawiających się ogranicza wskazując im bardzo konkretne, jedyne dopuszczalne rozwiązania.
Czytaj dalej

O ogłoszeniach o pracy

Wspomnianą na wstępie tekstu sprzed dwóch tygodni konferencję organizowaną przez redakcję „Zamawiającego” otworzyło bardzo ciekawe wystąpienie red. Witolda Jarzyńskiego na temat rynku pracy w zamówienia publicznych. Przedstawił tam wnioski płynące ze swych badań nad ogłoszeniami o pracę w naszej branży. Wystąpienie to zainspirowało mnie do odkurzenia z kolejki tematów zagadnienia właśnie ogłoszeń o pracę. Oczywiście, nawet nie będę próbował dorównać red. Jarzyńskiemu w zakresie prowadzonych badań, ale niewielka próbka i odczucia z wielu lat praktyki zamówieniowej prowadzą do bardzo podobnych wniosków.

Główny z nich, w zasadzie bardzo osobisty, jest taki, że osobiście nie spełniłbym wymagań w mniej więcej połowie ogłaszanych przez polskich zamawiających naborów na stanowiska ds. zamówień publicznych. Chociaż „robię zamówienia” od ponad 20 lat i mam wrażenie, że orientuję się w tej tematyce w miarę przyzwoicie (w każdym razie kilka niebagatelnych wyzwań w swej karierze zrealizowałem), chociaż potrafię pracować i samodzielnie, i w zespole, i spokojnie, i w stresie, chociaż mam doświadczenie zarówno po stronie zamawiającego, jak i wykonawcy, na rynku zamówień publicznych i poza nim – niezwykle często nie spełniam podstawowego wymogu dotyczącego określonego kierunku wykształcenia. W tej chwili otwarłem sobie przypadkową próbkę ogłoszeń od instytucji publicznych z popularnego portalu pośredniczącego w takich sprawach i widzę, że nie miałbym szansy w trzech przypadkach spośród ośmiu.
Czytaj dalej

O szkoleniach z „nowego Pzp”

Miało być dziś o wadiach w dobie elektronizacji (jeszcze raz), ale ostatni tydzień wyjątkowo nie sprzyjał mojemu skupieniu nad zamówieniami publicznymi. Więc będzie o czymś innym, czymś, czego do końca nie rozumiem. W ubiegłym tygodniu dostałem bowiem pierwsze ogłoszenia o szkoleniach „z nowej ustawy pzp”. Tak, z tej nowej, której jeszcze nie ma. Której mamy wyłącznie projekt i to projekt, który jest na etapie konsultacji, nie trafił do sejmu (oby nigdy się to nie stało). Zresztą, nie pierwszy to przypadek i nie jeden zapewne organizator. Ileż to razy dostawałem informacje o szkoleniach z ustawy o jawności życia publicznego, która utknęła w procesie legislacyjnym ponad rok temu. Albo o elektronizacji zamówień, gdy mieliśmy tylko garść założeń do przetargu na e-zamowienia…

Nie chcę przesadnie krytykować organizatorów – wszak celem każdej działalności gospodarczej jest zysk, a jeśli taki proceder zysk daje, trudno z niego zrezygnować. Ale trudno nie zauważać nagłówków, które poniekąd sugerują, że mamy do czynienia z czymś, co na pewno będzie. Czytaj i myśl, że już, za moment, za chwileczkę. Wszystko po to, aby zaaferowany użytkownik pędził do wiedzy, przekonany, że już musi. Tymczasem wiedza przekazana mam podczas takiego szkolenia może okazać się za moment nieaktualna. Ba, może okazać się (oby) całkowicie bezużyteczna.
Czytaj dalej

O 278 stronach [wydanie nadzwyczajne]

278 stron liczy sobie projekt nowej ustawy Pzp opublikowany tydzień temu na stronach RCL (https://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12320355/katalog/12565439#12565439). 278 stron i 682 artykuły. W tym 16 (jeśli dobrze liczę) delegacji do wydania rozporządzeń. Do tego 30 stron i 101 artykułów przepisów wprowadzających ustawę Pzp.

Chcemy, aby zamówienia publiczne były bardziej przyjazne dla przedsiębiorców, chcemy zachęcić ich do ubiegania się o te zamówienia. Zwłaszcza tych wykonawców, którzy należą do sektora małych i średnich przedsiębiorców. Mam wrażenie, że to tylko słowa. Kto to ogranie? Kto to w ogóle przeczyta? Takie działania ustawodawcy powodują coś dokładnie odwrotnego – zniechęcenie wykonawców, a zwłaszcza tych mniejszych. Pozostaną tylko ci, których stać na ponoszenie kosztów na stada prawników…

Ps. Nie czytałem. Może jest pięknie i wspaniale. Ale nawet jeśli jest pięknie i wspaniale, to niezwykle trudno się o tym przekonać…

O konkursie na kryteria

Na stronie UZP pojawiła się (raczej niedawno) nowa zakładka: „Forum dobrych praktyk”. Póki co treści tam niewiele. Ogłoszony konkurs na kryteria pozacenowe, a ponadto zapowiedź dwóch publikacji na ten temat: przykładowych kryteriów społecznych i środowiskowych (które swoją drogą faktycznie chyba się pojawiły, choć w tym miejscu nie ma o tym wzmianki) i mającej w grudniu pojawić się publikacji z wzorcowymi kryteriami z różnych branż oraz praktycznym komentarzem co do ich stosowania. Za tym opracowaniem stoi Dariusz Koba, więc można się spodziewać czegoś sensownego.

Konkurs mnie zaintrygował. Przeczytałem regulamin (swoją drogą, na szczęście krótszy niż na przykład nieszczęsny przykładowy regulamin dialogu technicznego przygotowany przez UZP) i zacząłem się zastanawiać – co właściwie Urząd chce osiągnąć? Co chce promować? Bo regulamin zawiera pewne obostrzenia, których efektem będzie mniej potencjalnych kryteriów w konkursie, z których UZP będzie mógł wybierać owe najlepsze, godne nagrody polegającej na publikacji kryteriów na stronie UZP (hmm, swoją drogą, czemu nazywamy to nagrodą?).
Czytaj dalej