O zwalnianiu gwarancji wadialnych

Stawianie w gwarancjach wadialnych warunków wypłaty co do zasady jest niedopuszczalne. Głównym wyjątkiem od tej zasady są warunki o charakterze formalnym, służące zabezpieczeniu uczestników obrotu gospodarczego – gdy gwarant wymaga weryfikacji podpisów, nie czyni tego po to, aby rzucać kłody pod nogi, ale po to, aby ktoś nie podszył się pod uprawnionego do wypłaty sumy gwarancyjnej beneficjenta (zamawiającego). Chroni to i gwaranta, i beneficjenta. W czasach obrotu papierowego żadnego wielkiego zdziwienia nie budziły warunki poświadczenia podpisów przez bank prowadzący rachunek zamawiającego.

Problem w tym, że czasy odrobinę się zmieniły, a nie wszyscy gwaranci to dostrzegli. Wróć, dostrzec musieli, bo gwarancje wadialne dzisiaj są wystawiane niemal zawsze w formie elektronicznej, opatrywane podpisami kwalifikowanymi. Ale na tym elektronika często się kończy, bo w wielu gwarancjach wciąż pokutuje obowiązek przesłania wezwania do zapłaty w formie papierowej za pośrednictwem banku prowadzącego rachunek zamawiającego, względnie komunikatem SWIFT (a więc też za pośrednictwem banku, bo tylko banki do tego systemu mają dostęp). Celem nadal jest teoretycznie zagwarantowanie, że podpisały to wezwanie osoby, które miały do tego prawo, ale przecież dokładnie w taki sam sposób gwarantuje to podpis elektroniczny, który już dodatkowej, pośredniej weryfikacji nie wymaga.
Czytaj dalej

O liczeniu samochodów

Elektromobilność to wynalazek ustawodawcy (wcale nie nowy – wielokrotnie odwlekano wejście w życie wymagań dotyczących odniesień tej kwestii do zamówień publicznych, ale ostatecznie pod przysłowiowe strzechy trafiły, zresztą w szponach ten temat już był poruszany w 2021). Czy wynalazek szczęśliwy – nie wiadomo. Z jednej strony środowisko to rzecz bezcenna, z drugiej jednak technologia samochodów elektrycznych wciąż jeszcze pozostawia trochę do życzenia. Podczas jednej z ostatnich wizji lokalnych specjalista ds. oceny zabezpieczeń obiektów z firmy ubezpieczeniowej zwracał uwagę, że systemy przeciwpożarowe w parkingach podziemnych nie są przystosowane do gaszenia samochodów elektrycznych i kto wie czy nie doczekamy się zakazów wjazdu dla nich do takich obiektów – zresztą, ostatnio obiegła świat informacja o sieci promów, która zabroniła przewożenia takich samochodów.

Niemniej elektromobilność to najprawdopodobniej przyszłość (przynajmniej najbliższa) motoryzacji, a przepisy ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych są faktem, z którym zamawiający i wykonawcy muszą już dzisiaj sobie radzić. No, zamawiający z grupy jednostek samorządu terytorialnego, bo ustawodawca w swojej łaskawości administrację rządową (nie wiedzieć czemu) potraktował łagodniej i stosownymi wymogami nie objął. Zamawiający radzą sobie z tym na różne sposoby, zależnie od swojej gorliwości. Pomijając część zamawiających, którzy nowych regulacji po prostu nie zauważyli, część stawia w przetargach ogólne wymagania odpowiadające wymaganiom ustawy, część natomiast domaga się od wykonawców składania stosownych oświadczeń na etapie realizacji umowy (albo już na etapie przetargu). Sporo zresztą tu zależy od przedmiotu zamówienia i tego, na ile transport samochodami jest w danej umowie kluczowym elementem.
Czytaj dalej

O podpisie zaufanym

A właściwie poniekąd i o podpisie zaufanym, i o podpisie osobistym. No, przynajmniej w części. O podpisie osobistym zresztą parę tygodni temu w szponach pisałem, ale tym razem będzie o czymś troszkę innym: o zamieszaniu z podpisami, jakie zgotował uczestnikom rynku zamówieniowego ustawodawca. Na pozór zasada jest prosta: jeśli postępowanie jest unijne, stosuje się tylko podpis kwalifikowany. Jeśli postępowanie jest krajowe – oprócz podpisu kwalifikowanego można użyć podpisu zaufanego lub nieszczęsnego podpisu osobistego. Gdy jednak pójdzie się dalej, okaże się że ta na pozór uniwersalna reguła wcale nie jest uniwersalna.

Mianowicie ustawodawca w kilku miejscach ustawy przewidział zupełnie inne reguły. Najlepszym przykładem jest reguła pisemności. Na przykład art. 220 ust. 4 i art. 307 ust. 3 Pzp (zgoda wykonawcy na przedłużenie związania ofertą), art. 252 ust. 2 (zgoda wykonawcy na wybór jego oferty po upływie okresu związania), art. 314 ust. 4 pkt 3 (oferty w ramach umowy ramowej), art. 352 ust. 1 (zgłoszenia do udziału w konkursie) – to wszystko czynności dokonywane w postępowaniach zarówno powyżej, jak i poniżej progów unijnych. Tymczasem w ich przypadku nie potrzeba żadnego z trzech powyżej wymienionych podpisów. Wystarczy, że coś jest elektroniczne i dające się utrwalić/powielić.
Czytaj dalej

O bezlitosności elektronizacji

Spokojnie, skorzystamy z tylnego wejścia - rys. Wanda Bednarczyk

Rys. Wanda Bednarczyk

Elektronizacja zamówień publicznych ma swoje wady (cóż, mimo paru lat wciąż główny problem leży chyba w stosowaniu podpisów elektronicznych), ale dominują zalety. Wykonawcom znacznie łatwiej składać oferty, sam proces składania znacząco się skrócił, mniej kosztuje, dokumenty bez problemu się powiela, no i wykonawcy pozbyli się niepewności: „dowiezie na czas, czy nie dowiezie”. Niepewności bardzo znaczącej. Z moich obserwacji wynika, że od momentu elektronizacji zjawisko składania ofert po terminie niemalże zaniknęło. Nie wiem, na ile to wynika z faktu, że teraz łatwiej złożyć ofertę, a na ile z tego, że zamówieniowe systemy zapewne sygnalizują próbę złożenia oferty po czasie wykonawcom i wówczas wiadomo, że nie ma sensu procesu kontynuować. Fakt jest jednak taki, że ofert składanych po terminie jest po prostu mniej.

Wciąż jednak się zdarzają. Niedawno trafił mi się przypadek wykonawcy, który spóźnił się niewiele ponad minutę. Nie wiem z czego to wynikało, zresztą nie ma to dla tego tekstu wielkiego znaczenia (aczkolwiek sprawa jest do zbadania, bo warto wiedzieć, czy w samym procesie składania ofert nie pojawiły się jakieś trudności, które można wyeliminować). Sytuacja ta skłania jednak do refleksji nad czasami, w których papierowe oferty się składało. Czy w tamtych czasach, gdyby wykonawca pojawił się z ofertą pod pachą u zamawiającego minutę po terminie, zostałby zdyskwalifikowany czy nie?
Czytaj dalej

O przedwczesnym wnioskowaniu o zwrot wadium

Art. 98 ust. 2 Pzp (wciąż pcha mi się pod palce przymiotnik „nowa”, chociaż przecież stosujemy ustawę już od dwóch lat, wypadałoby więc się z nim pożegnać) przewiduje zwrot wadium wykonawcom na ich wniosek. Daje to im szansę wcześniejszego odzyskania wadium za określoną cenę – zgodnie z art. 98 ust. 3 Pzp następuje wówczas „rozwiązanie stosunku prawnego” pomiędzy zamawiającym a wykonawcą, a także utrata przez składającego wniosek wykonawcę prawa do korzystania ze środków ochrony prawnej. Owo „wcześniej” jest często warte grzechu, skoro zamawiający sam z siebie ma obowiązek zwrócić wykonawcom wadium dopiero po upływie okresu związania ofertą lub po podpisaniu umowy, a jeśli toczy się postępowanie odwoławcze, może to zabrać trochę czasu.

Niekiedy jednak wykonawcy wnioskują o zwrot wadium zbyt wcześnie, przy czym „owo zbyt wcześnie” można odnieść do dwóch okoliczności. Pierwsza z nich pojawia się wtedy, gdy wykonawca wnioskuje o zwrot wadium zanim zaktualizowała się którakolwiek z przesłanek wskazanych w art. 98 ust. 2 Pzp – czyli zanim wybrano najkorzystniejszą ofertę lub unieważniono postępowanie (o wycofaniu oferty lub odrzuceniu oferty tutaj nie wspominam – sądzę, że znalezienie się w tym przepisie przesłanek opartych o te okoliczności wynika z nieprzemyślenia sprawy przez ustawodawcę*). Co zamawiający powinien zrobić z takim wnioskiem? Cóż, do momentu wyboru lub unieważnienia na pewno wadium nie wolno zwracać – wszak przesłanki nie zostały spełnione. A co po wyborze/unieważnieniu? Czy wtedy zrealizować wcześniejszy wniosek i wadium zwrócić, czy uznać go jednak za niebyły?
Czytaj dalej

O elegancji wzorów

Wybaczcie. Świąteczny czas nie sprzyjał skupieniu, zwłaszcza w stanie permanentnych przygotowań przed oraz permanentnego przejedzenia w trakcie, więc dzisiejszy tekst nie będzie do końca na poważnie i delikatnie mówiąc niewiele wniesie do dyskusji o zamówieniach publicznych. Będzie o wzorach stosowanych w kryteriach oceny ofert. Pisałem o tym pewne nie raz i pewnie nie tylko w szponach, ale dziś będzie inaczej: nie o tym, jak bywa źle, a może być dobrze, ale o tym, jak jest dobrze, a może być dobrze i elegancko. Elegancko oczywiście z matematycznego punktu widzenia.

Mianowicie wyobraźmy sobie jakiś parametr, w którym ustawiamy poziom minimalny, a na dodatek oceniamy go w kryterium jakościowym. Załóżmy, że wymaganym minimum jest 300, ale jeśli ktoś da więcej, to będzie lepiej, ale maksimum ocenianym będzie 500. Za zaoferowanie parametru 300 wykonawca nie dostanie ani jednego punktu, za zaoferowanie maksymalnego – dostanie ich 10. Najsensowniejszym podejściem do takiego kryterium jest wyznaczenie wzoru, w którym z góry będzie wiadomo, ile kto dostanie za jaki parametr, a różnice punktowe odpowiadające takim samym różnicom parametru (np. między 300 i 301 oraz między 499 a 500) będą identyczne. Taki wzór jest dość prosty: (OF – MIN) / (MAX – MIN) * WAGA, czyli w naszym przypadku: (parametr z oferty ocenianej – 300) / (500 – 300) * 10.
Czytaj dalej

O głosowaniu

Przetarg to zabawa dla paru osób po stronie zamawiającego. Zwykle jest ich przynajmniej dwie: człowiek, który ma nieszczęście zajmować się zamówieniowymi procedurami (choć nie przeceniałbym jego przydatności ;)) i człowiek, który co nieco wie na temat przedmiotu zamówienia. Oczywiście, niekiedy mamy do czynienia z omnibusami albo z zamówieniami z zakresu zamówień publicznych i wtedy może być ich mniej, ale to sytuacja bardzo rzadka. Częściej mamy do czynienia z sytuacjami, gdy zaangażowanych ludzi jest więcej – szczególnie od strony merytorycznej, a już wyjątkowo szczególnie w przypadku projektów interdyscyplinarnych. Po prostu potrzeba składać do kupy wiedzę i doświadczenie kilku osób, aby uzyskać sensowny wynik. No i wychodzi z tego komisja przetargowa.

Oczywiście, nie jest tak, że każdy z tych ludzi jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Wiedza każdej z tych osób w pojedynkę w warunkach zamówienia publicznego bywa może nie bezużyteczna, ale prowadząca na manowce. Aby przetarg „zadziałał” potrzeba tę wiedzę skumulować, połączyć. Trzeba dogadywać się, wymieniać informacjami, informować o nieprzekraczalnych ograniczeniach (ale i o możliwościach do wykorzystania). Zwykle jedna osoba z tym wszystkim sobie nie poradzi. I komisje przetargowe są tworzone właśnie po to, aby otrzymać zespół, który zadziała. Który z powodzeniem zrealizuje postępowanie, pamiętając o wszelkich potrzebach, ryzykach i niestety formalnościach. Sporo jest tutaj odpowiedzialności, bo każde przeoczenie może mieć fatalne skutki podczas późniejszej realizacji zamówienia.
Czytaj dalej

O ustaleniu wartości zamówienia

Dziś temat do tekstu dostarczyła mi znakomity tekst Dariusza Koby Waloryzacja. Reaktywacja. Przy czym nie chodzi mi o waloryzację (o tej pisałem w „szponach” już sporo i pewnie nieraz się zdarzy ponownie), ale o wspomniane tam przy okazji inne zagadnienie – nieadekwatności wartości zamówienia ustalanej przez zamawiającego do tego, co może zaoferować rynek: „Na marginesie: był to również piękny dowód na to, że wartość kosztorysowa nijak się na do należytej staranności wymaganej przy oszacowaniu wartości zamówienia. A większość ciągle żyje w przeświadczeniu, że dla oszacowania wartości zamówienia wystarczy sporządzić kosztorys inwestorski.”

Nie wiem, czy autor pisał o tym problemie odrębnie – być może tak, a ja swoim tekstem będę wyważał drzwi już zdecydowanie otwarte. Sam jednak nie kojarzę takiego tekstu, a cytowana wyżej uwaga przypomniała mi o czymś, o czym sam niejednokrotnie myślałem: że ta sama metoda ustalenia wartości szacunkowej może nie nadawać się do dwóch postępowań nawet na taki sam przedmiot zamówienia, nawet realizowanych w tym samym czasie, jeśli nie uwzględni innych dodatkowych zmiennych, które wpływ na wycenę kosztów zdecydowanie mają.
Czytaj dalej

O hazardzie

Uczestnictwo w przetargach publicznych to niezwykle często dla wykonawców biznes zbliżony do hazardu. I nie chodzi mi tu o same szanse na wygranie przetargu (w razie przegranej traci się stosunkowo niewiele), ale o proces realizacji zamówienia publicznego już po wygranym przetargu. Bo nieraz już pisałem, że jednym z najcięższych grzechów zamówieniowych zamawiających jest uwalnianie się od wszelkich ryzyk i przerzucanie ich na wykonawców. Stąd taka popularność formuły zaprojektuj+wybuduj, stąd taka popularność ryczałtu, stąd też (przypuszczam) częściowo niechęć do rozmawiania z wykonawcami. Oczywiście nie oznacza to, że te sposoby działania z definicji są złe – ale nie zawsze pasują do przedmiotu zamówienia i warunków jego realizacji.

Niestety, odwołań na zapisy SWZ nie ma zbyt wiele. Wykonawca ryzykuje, bo tak naprawdę trudno uzyskać korzystny wyrok w przypadkach innych niż oczywiste. Ryzykuje, tymczasem nie wie, czy jest po co, bo przecież na tym etapie daleki jest od pewności, że zamówienie uzyska – na jego potencjalnej wygranej skorzystać może konkurencja. Natomiast prawo do wnoszenia odwołań przez izby to praktycznie fikcja (na liście prowadzonej przez Prezesa UZP są 152 podmioty – zastanawiam się, czy przez 20 lat istnienia tego wykazu zbierze się podobna liczba odwołań wniesionych przez te organizacje).
Czytaj dalej

O nie-umowach o pracę

Kilka tygodni temu pisałem tutaj o „usztywnieniu” progu stosowania ustawy na poziomie 130 000 zł. Jego dewaluację widzimy gołym okiem i zamawiającym coraz łatwiej wpaść w objęcia ustawy Prawo zamówień publicznych. Dość spojrzeć na dane statystyczne podawane przez GUS – szalejąca inflacja, ale i rosnące (wolniej) wynagrodzenia. Jeśli przeliczyć podawane przez GUS przeciętne zarobki w poszczególnych branżach, okaże się, że zatrudnienie człowieka na rok w wielu przypadkach niebezpiecznie zbliżyłoby się do 130 000 zł, a jest już branża, w której by ten próg przekroczyło. Oczywiście „zatrudnienie” to w domyśle umowa o pracę, a te przepisami ustawy nie są objęte (obecnie stanowi o tym art. 11 ust. 2 pkt 1 Pzp, który mówi o „umowach z zakresu prawa pracy”).

Ale czasami umowa o pracę nie wchodzi w grę, z rozmaitych powodów, wśród których często jest niechęć samych wykonawców, którzy nie chcą się poddać rygorom z tym związanym. Pojawiają się umowy zlecenia (z którymi się walczy, ale w wielu przypadkach daleko im do popularnych „śmieciówek” gdy popatrzymy na wynagrodzenie) czy kontrakty menedżerskie, które z umową o pracę mają coś wspólnego, ale podstawą ich zawierania jest kodeks cywilny (a w ich przypadku próg 130 000 zł rocznie jest niezwykle łatwy do przekroczenia). Co z nimi? Cóż, przy kontraktach menedżerskich Pzp jeszcze nigdy nie widziałem, więc zapewne wszyscy za dobrą monetę biorą odwołanie się do zasady wynikającej z art. 22 § 11 kodeksu pracy – zgodnie z tym przepisem jako umowę o pracę powinno się traktować każdą umowę, na podstawie której narzucone są warunki analogiczne do umowy pracy. W każdym razie do niego odwołano się chociażby w tej odnoszącej się do zamówień publicznych odpowiedzi na interpelację.
Czytaj dalej